Nowy artykuł Xeno - Mysliwiec lat XXX

Postprzez pothkan » 2009-06-07, 21:29

Dwie sprawy niezwiązane z samą oceną tekstu T. Pawłowskiego i całokształtu jego zachowań:

G. Cz. napisał(a):Gdy w 1986 roku zaczynałem pracę dla „Skrzydlatej Polski” to żeby postawić do druku choć jedną literę najpierw zostałem wypytany o to, jakie są moje związki z lotnictwem, czy aby wystarczające, a dodatkowo musiały to potwierdzić dwie znane w polskim lotnictwie osoby. I jeszcze na wszelki wypadek obejrzano mój dokument będący hybrydą indeksu ze stopniami za poszczególne sesje egzaminacyjne z przedmiotów lotniczych oraz dziennika lotów. Dopiero wtedy pozwolono mi coś napisać.

Protestuję przeciwko takiemu podejściu. Nie znam bliżej publicystyki i historiografii lotniczej (śmiem twierdzić, że szczytem mej wiedzy będzie odróżnienie myśliwca od samolotu szturmowego), ale np. w analogicznym piśmiennictwie dotyczącym spraw wojenno-morskich jest bardzo różnie. Wśród autorów najlepszych tekstów są często ludzie zawodem i wykształceniem kompletnie niezwiązani z żeglugą, marynarką wojenną czy budownictwem okrętowym. Bywają też fachowcy z tych dziedzin. I wśród "babolowych" autorów jest podobnie.

Być może jednak się mylę, a tematyka lotnicza rzeczywiście wymaga lepszego przygotowania? Temat do dyskusji.

Myślę, że często wazniejsze nie jest 100% przygotowanie fachowe, ale zwykła pokora i ostrożność. Czyli skonsultowanie odnośnych fragmentów swojej pracy z innymi, najlepiej lepszymi znawcami tematyki. Zaś przeświadczenie o własnej nieomylności - jakie niestety pojawia się wśród naukowców bądź pseudonaukowców każdej dziedziny - jest prostą drogą ku kompromitacji.

I jeszcze pytanko co do klasyfikacji samolotów: producent - na pewno, ale czy nie jest również ważna formalna klasyfikacja stosowana przez użytkownika (tzn. dane siły powietrzne)? Zaznaczam - pytanie względnego laika.

Pozdrawiam,
Oskar
Avatar użytkownika
pothkan
 
Posty: 4401
Dołączył(a): 2006-04-26, 23:59
Lokalizacja: Gdynia - morska stolica Polski

Postprzez G. Cz. » 2009-06-07, 22:29

Witaj Oskarze,

Jako prześmiewca różnych zjawisk, ten wspomniany przeze mnie „Grek Zorba”, chciałem przez to powiedzieć, że zła, brzydka i śmierdząca PRL miała bardzo dobry, zdrowy system doboru publicystów lotniczych, gdy duma Polaków, dobra, ładna i pachnąca III RP jest patologiczna, bo systemu takiego nie ma, albo prawie nie ma. Ot, zawirowanie historyczno-towarzyskie.

pothkan napisał(a):Protestuję przeciwko takiemu podejściu. Nie znam bliżej publicystyki i historiografii lotniczej (śmiem twierdzić, że szczytem mej wiedzy będzie odróżnienie myśliwca od samolotu szturmowego), ale np. w analogicznym piśmiennictwie dotyczącym spraw wojenno-morskich jest bardzo różnie. Wśród autorów najlepszych tekstów są często ludzie zawodem i wykształceniem kompletnie niezwiązani z żeglugą, marynarką wojenną czy budownictwem okrętowym. Bywają też fachowcy z tych dziedzin. I wśród "babolowych" autorów jest podobnie.
Być może jednak się mylę, a tematyka lotnicza rzeczywiście wymaga lepszego przygotowania? Temat do dyskusji.

Już odpowiadam. Wprawdzie z całej „marynistyki” znam się tylko na żeglarskiej klasie 2.4mR, ale zaryzykuję twierdzenie, że w publicystyce lotniczej to tak nie działa, jak Ci się wydaje w przypadku publicystyki morskiej. I dam prosty przykład na osobie T. Pawłowskiego. Jest on na FOW promotorem idei, iż samolot Beaufighter był tak skonstruowany, że jak w czasie walki powietrznej zabrakło amunicji to gdzieś ktoś w kadłubie czołgał się i wymieniał kontener z amunicją, żeby pilot miał czym strzelać. Śmieję się z tego mocno, bo bardzo mnie ciekawi, po którym powojennym pisarczyku T. Pawłowski powtarza tę przypowieść o bohaterach ładujących w czasie walki, czyli raczej z jakimiś większymi przeciążeniami, nową amunicję do broni maszynowej tego samolotu. Po pierwsze – Beaufighterem byli podczas wojny oczarowani publicyści zarówno brytyjscy, jak i amerykańscy i obie te nacje publikowały sążniste materiały na temat Beaufightera opiewając wszelkie jego zalety (cenzura nie broniła), ale jakoś nikt nie wspomina tej rzekomej zalety promowanej przez T. Pawłowskiego. Po drugie – bardzo chętnie wsadziłbym T. Pawłowskiego choćby tylko do szybowca dwumiejscowego i wprowadziłbym go tylko w spiralę, w żadną tam wielką akrobację typową dla walki powietrznej, a następnie w takiej zwykłej spirali, przy zaledwie 3,5-4g, powiedziałbym, aby T. Pawłowski podał mi nie kontener z amunicją, ale 7-nabojowy magazynek do pistoletu. Bardzo chciałbym to zobaczyć w wykonaniu T. Pawłowskiego, a potem zobaczyć jego zachowanie na forach internetowych i w mediach historycznych. Może dopiero wtedy oprzytomniałby, choć widząc, co wyprawia, to trochę w to wątpię. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Nie da się pisać o niektórych sprawach bez poczucia, o czym w ogóle się pisze. Być może tematów morskich można się nauczyć „na sucho” z książek, aby być względnie dobrym publicystą-marynistą, ale z lotnictwem to tak nie działa.

pothkan napisał(a):Myślę, że często wazniejsze nie jest 100% przygotowanie fachowe, ale zwykła pokora i ostrożność. Czyli skonsultowanie odnośnych fragmentów swojej pracy z innymi, najlepiej lepszymi znawcami tematyki. Zaś przeświadczenie o własnej nieomylności - jakie niestety pojawia się wśród naukowców bądź pseudonaukowców każdej dziedziny - jest prostą drogą ku kompromitacji.

Oczywiście masz rację. Wszystko, co tutaj piszę jest jednym wielkim apelem o pokorę, której T. Pawłowski nie ma za grosz. Ma tylko butę, pychę, przemądrzalstwo i łącznie wynikającą z tego głupotę. Strachu przed kompromitacją nie ma za grosz. Byłyby to jego prywatne sprawy, gdyby nie kazał sobie za to wszystko płacić. A jak zapłacone, to się ludziom należy chociaż prawo do komentarza po stwierdzeniu, że obrobiono ich z portfela.

pothkan napisał(a):I jeszcze pytanko co do klasyfikacji samolotów: producent - na pewno, ale czy nie jest również ważna formalna klasyfikacja stosowana przez użytkownika (tzn. dane siły powietrzne)? Zaznaczam - pytanie względnego laika.

Wiesz, różne cuda już się zdarzały. Generalnie jest tak, że to, co oblicza konstruktor to jest święte i tak się samolot nazywa, jak konstruktor każe. Oczywiście, że różne wariactwa się zdarzały, jak podczas wojny o Falklandy, że z Herculesów ręcznie wywalono bomby niczym podczas I wojny, ale to nie znaczy, że C-130 Hercules to bombowiec, bo pod dowcipasy tego typu, jak w biednych siłach powietrznych, nikt nie będzie zmieniał kategorii samolotu.

Pozdrowienia

G.
Avatar użytkownika
G. Cz.
 
Posty: 183
Dołączył(a): 2008-04-03, 09:32

Postprzez MiKo » 2009-06-07, 22:59

Panie Grzegorzu,

Ponieważ sytuacja powtarza się notorycznie, proszę usunąć ataki personalne ze swojego postu - w przeciwnym razie ja usunę całość.
MiKo
admin fow
 
Posty: 3888
Dołączył(a): 2004-01-07, 10:02

Postprzez JB » 2009-06-07, 23:37

MiKo napisał(a):Panie Grzegorzu,

Ponieważ sytuacja powtarza się notorycznie, proszę usunąć ataki personalne ze swojego postu - w przeciwnym razie ja usunę całość.
Brawo MiKo!
JB
Avatar użytkownika
JB
 
Posty: 3044
Dołączył(a): 2004-03-28, 21:48
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez arturo1 » 2009-06-07, 23:41

A propos Beaufightera - pierwsze 400 sztuk miało zasilanie działek Hispano z 60-cio nabojowych bębnów. Oryginalnie od 51 egzemplarza miało być zasilanie z taśmy z 240 nabojowych magazynków (serwo napędzające taśmę konstrukcji Bristola) ale ostatecznie standaryzacja serwa opracowanego przez Chatellerault jako Mark I Feed spowodowało opóźnienia. Tak więc w pierwszych 400 sztukach konieczna była ręczna wymiana bębnów (zabierano 12 bębnów zapasowych) ale dostęp do nich był raczej wygodny (bez pełzania) i nie przewidywano tego w czasie walki kołowej.
Pozdrowienia.
arturo1
 
Posty: 12
Dołączył(a): 2009-02-12, 21:24

Postprzez G. Cz. » 2009-06-07, 23:52

MiKo napisał(a):Panie Grzegorzu,

Ponieważ sytuacja powtarza się notorycznie, proszę usunąć ataki personalne ze swojego postu - w przeciwnym razie ja usunę całość.

Pan niestety chce tuningować rzeczywistość dla swojego kolegi Pawłowskiego. Pawłowski atakuje ludzi personalnie i to na różne sposoby – od głupiej a płatnej pseudopublicystyki po wyzywanie ich od „frustratów”. Najpierw jego proszę pilnować, nie zaś formy obrony przed nim, bo nawet Pan się nie sili na obiektywizm w tym wszystkim. Głupota nie jest odzwierzęca, jak Pan by sobie tego życzył, aby chronić Pawłowskiego, ale jest wyłącznie ludzka. Jak można ją opisywać z pominięciem autora? Pseudopublicystyka Pawłowskiego nie jest eksportem z Marsa, a jest jego personalnym, podpisanym jego personaliami, atakiem na ludzi, którzy na dodatek muszą za to płacić. To jest według Pana w porządku i jest to nietykalne na FOW.
Avatar użytkownika
G. Cz.
 
Posty: 183
Dołączył(a): 2008-04-03, 09:32

Postprzez Zelint » 2009-06-08, 07:42

Panie Grzegorzu niezależnie od tego co myślę sobie o artykule T. Pawłowskiego uważam, że Pan zdrowo przesadził. Po kilku dyskusjach tutaj nauczyłem się już, że na ataki nie można odpowiadać własnymi atakami bo dyskusja schodzi poniżej jakiekolwiek poziomu.

Ja link do biuletynu zamieściłem tutaj nie po to żeby podgrzać dyskusję, czy po to by wieszać psy na autorze ale po to żeby merytorycznie podyskutować o błędach artykułu. Jak widzę nie ma na to szans w związku z czym uważam, że ten cały temat jest do skasowania lub zamknięcia.

Pozdrawiam
Rafał Białkowski
Obrazek
Avatar użytkownika
Zelint
 
Posty: 751
Dołączył(a): 2005-09-24, 08:20
Lokalizacja: Gdynia

Postprzez dessire_62 » 2009-06-08, 08:30

arturo1 napisał(a): Tak więc w pierwszych 400 sztukach konieczna była ręczna wymiana bębnów (zabierano 12 bębnów zapasowych) ale dostęp do nich był raczej wygodny (bez pełzania) i nie przewidywano tego w czasie walki kołowej.


Czyli jednak wymieniali w czasie lotu.

pothkan napisał(a):Myślę, że często wazniejsze nie jest 100% przygotowanie fachowe, ale zwykła pokora i ostrożność.


No właśnie!

Pozdrowienia dla wszystkich.Krzysiek.
Avatar użytkownika
dessire_62
 
Posty: 1885
Dołączył(a): 2007-12-31, 17:30
Lokalizacja: Głogów Małopolski

Postprzez MiKo » 2009-06-08, 09:57

Panie Grzegorzu,

Com powiedział, tom uczynił i nie zamierzam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co do taryfy ulgowej to faktycznie czasem ją stosuję i Pan jest tego najlepszym przykładem - bo cenię Pana wiedzę.
MiKo
admin fow
 
Posty: 3888
Dołączył(a): 2004-01-07, 10:02

Postprzez Maciej3 » 2009-06-08, 18:37

Czyli jednak wymieniali w czasie lotu.

No właśnie. A jak stało w artykule? Tak z ciekawości pytam.
Nie to żebym jakoś specjalnie go bronił, ale bądźmy rzeczowi. Jeśli padło stwierdzenie że wymieniano magazynki w czasie walki kołowej to oczywiście babol totalny. Ale jeśli że w czasie lotu to przepraszam ale kto ma rację?
Avatar użytkownika
Maciej3
 
Posty: 4054
Dołączył(a): 2008-05-16, 11:36

Postprzez Tzaw1 » 2009-06-08, 18:50

Stało, że
obszerny kadłub umożliwiał przewożenie na pokładzie ładowniczego zmieniającego magazynki (w ten sposób zaprojektowano brytyjski dwumiejscowy, dwusilnikowy myśliwiec Bristol Beaufighter)

Ale też nikt się nie "czepiał" tej wymienności magazynków. Ani w locie, ani podczas manewrowania.*
Chodziło o to, że dr Pawłowski uznał obszerny kadłub Beufightera, jakoby specjalnie tak "obszernie" zaprojektowany, za argument na poparcie swoich kuriozalnych tez.

* Kto nie wierzy niech sprawdzi
http://rapidshare.com/files/229589526/b ... 04-dod.pdf
http://www.martola.com.pl/biuletyn-dws-2009-04-v2.pdf
Obrazek
Tzaw1
 
Posty: 640
Dołączył(a): 2006-05-03, 17:23
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Marmik » 2009-06-08, 22:10

Szanowni Panowie,

Postanowiłem przelać na papier krótką refleksję jaka naszła mnie po przeczytaniu tego wątku. Choć inkryminowany artykuł jak i recenzję do niego przeczytałem (podkreślam jedynie dla tych, którzy uznają to za istotne) to nie będę się bezpośrednio odnosić do tekstu, głównie dlatego, że choć rozróżniam większość typów przed- i drugo wojennych samolotów, to nie jestem znawcą lotnictwa.

Chciałbym poruszyć jedną bardzo istotną kwestię, a mianowicie błędy w publikacjach. Opierając się na obserwacjach (w tym na autoobserwacjach) stwierdzam, że w publikacjach występują trzy rodzaje błędów, nazwijmy je ogólnie, merytorycznych. Wynikają one z:
- niewiedzy autora;
- chwilowego "zaćmienia mózgu" autora (można to nazwać też nienależytą starannością);
- "uprzejmości" korekty/redakcji, która postanawia usprawnić coś w tekście, a nie ma ku temu wystarczającej wiedzy.

Pierwszej grupy nie trzeba chyba tłumaczyć.

Druga to wszelkie pomyłki, uproszczenia, błędne tłumaczenia itp. Podam tu idealny przykład z mojej twórczości wzięty. Użyłem kiedyś terminu „ciężar” zamiast „ciężar właściwy” i to dwukrotnie w tym samym tekście. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach, czytając mój tekst nie pomyślał, że faktycznie w danym przypadku pisze o ciężarze, a nie o ciężarze właściwym (żeby być jeszcze dokładniejszym to dodam, że w zasadzie wystarczyło pisać o gęstości). Co więcej, gdybym napisał ciężar właściwy to być może niektórzy musieliby zacząć szukać w pamięci wiadomości z podstawówkowej fizyki ;). Niestety, powyższe nie stanowiły dla mnie żadnego usprawiedliwienia i przez chwilę miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Zrobiłem szkolny błąd i było mi po prostu wstyd. Nie miałem oporów by przyznać się do tego, a wytykającego ów błąd serdecznie w tej chwili pozdrawiam i dziękuję. To dla mnie lekcja ostrożności i staranności, z której pracę domową odrabiam do dziś.

Zawsze, ale to zawsze wychodzę z założenia, że ten który pisze uwagi do moich tekstów zasługuje uznanie, bo chciało mu się wyłuskać niespójności i chciało mu się tą wiedzą podzielić, co stanowi dla mnie bezcenną pomoc.

Zbaczając z tematu postu dodam, że również pomoc (nawet, a może zwłaszcza w formie krytyki) stylistyczna czy ogólna, językowa jest również zawsze mile widziana.

Na koniec grupa trzecia, czyli prezenty od korekty. Daleko nie szukając przypomnę zabawę słowami „efektywny”, „efektowny” i „trafny” autorstwa MSiO. Okazuje się, że czasem nie warto poprawiać autora, zwłaszcza odwracając sens wypowiedzi o 180 stopni.

Dodam jeszcze, że błędy w publikacjach uważam za wpadki, a celowe wstawianie nadmiernych uogólnień lub nieprecyzyjnych informacji uważam za niedopuszczalne. Stara zasada mówi, że pobudzenie pozytywnej ciekawości czytelnika następuje nie na skutek podania mu czegoś co od razu go zniechęci lub nastawi negatywnie, lecz na skutek pozostawiania jakiegoś zagadnienia otwartym lub całkowite pominięcie jakiegoś drugo- czy raczej trzeciorzędnego problemu. Problemu, który jest potencjalnym celem kolejnej potencjalnej publikacji. A to oznacza, że w rzeczonej kwestii czuję się jak ryba w wodzie i tylko czekam, by wziąć się do roboty.

Ostatnie sprawa to zdolność do krytyki tekstu. Wyznaję zasadę, że nie trzeba nakręcić stu filmów, by móc wydać opinię o danym obrazie. Ilu krytyków filmowych ma za sobą choćby minimalne doświadczenie za kamerą? Tak samo uważam, że prawo do krytyki tekstu ma KAŻDY czytelnik. Może to być krytyka oparta na argumentach emocjonalnych (podobało mi się lub nie), które z reguły wyznaczają „lekkość pióra” autora oraz „nośność” tematyki podlegającej opracowaniu. Wreszcie może to być krytyka oparta na argumentach rzeczowych, określająca stopień „doskonałości” wiedzy autora w poszczególnych omawianych przez niego zagadnieniach. Argumenty rzeczowe nigdy nie biorą się z Księżyca i są w dość łatwy sposób weryfikowalne. Niektórzy czytelnicy bardzo często mylą slogany z argumentami rzeczowymi, niektórzy również próbują wybrać dowolne stwierdzenie i poprzez udowodnienie jego błędności, zaprzeczyć tezie autora itd., itd.

Proszę wybaczcie mi dość luźny związek z tematem, ale jak widzę stało się to normą, więc dramatycznie nie odstaję. Proszę również nie traktować żadnej części mojej wypowiedzi, jako wymierzona w kogokolwiek, bo jest to jedynie zbiór refleksji jaki w znacznej mierze opieram na własnym doświadczeniu i na moich potknięciach.

Pozdrawiam,
Marmik

PS
Dodam jeszcze, że wielce ubolewam, że polski rynek publicystyczny jest tak ubogi w spółki autorów z różnym bagażem wiedzy i doświadczeń (np. historyk+technik teoretyk+ praktyk). Czasami skutkuje to przesyceniem technikaliami lub nadmiernym stopniem ogólności technicznej itp.
To co dla innych jest brzegiem morza, dla marynarza jest brzegiem lądu.
Avatar użytkownika
Marmik
 
Posty: 3695
Dołączył(a): 2006-04-30, 23:49
Lokalizacja: Puck

Postprzez Ksenofont » 2009-06-09, 01:21

Witam!
Marmik napisał(a):Zawsze, ale to zawsze wychodzę z założenia, że ten który pisze uwagi do moich tekstów zasługuje uznanie, bo chciało mu się wyłuskać niespójności i chciało mu się tą wiedzą podzielić, co stanowi dla mnie bezcenną pomoc.
Oczywiście!

Ale czasami szuka się błędów niczym dziury w całym!

Co się działo, gdy potraktowałem dyskutantów poważnie i spróbowałem wyjaśnić, co to znaczyło duży (Peregrine) i mały (Vulture) silnik:
http://fow.aplus.pl/forum/viewtopic.php?p=97652#97652

Już po chwili pojawił się zarzut, że nie znam się na samolotach, w których je wykorzystywano:
http://fow.aplus.pl/forum/viewtopic.php?p=97659#97659

Pewnie "sie nie znam"...

Marmik napisał(a):Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach, czytając mój tekst nie pomyślał, że faktycznie w danym przypadku pisze o ciężarze, a nie o ciężarze właściwym
Podejrzewanie autora o niewiedzę może czasem się zemścić:
http://fow.aplus.pl/forum/viewtopic.php?p=80696#80696

Pozdrawiam
Ksenofont
Myślisz, że było zagrożenie, które im umknęło; problem, którego nie poruszyli; aspekt, którego nie rozpatrywali; pomysł, na który nie wpadli; rozwiązanie, którego nie znaleźli?!?
Obrazek
Avatar użytkownika
Ksenofont
 
Posty: 2105
Dołączył(a): 2004-12-28, 00:28
Lokalizacja: Praga

Postprzez G. Cz. » 2009-06-09, 06:48

Marmik napisał(a):Szanowni Panowie,

Postanowiłem przelać na papier krótką refleksję jaka naszła mnie po przeczytaniu tego wątku. Choć inkryminowany artykuł jak i recenzję do niego przeczytałem (podkreślam jedynie dla tych, którzy uznają to za istotne) to nie będę się bezpośrednio odnosić do tekstu, głównie dlatego, że choć rozróżniam większość typów przed- i drugo wojennych samolotów, to nie jestem znawcą lotnictwa.

Chciałbym poruszyć jedną bardzo istotną kwestię, a mianowicie błędy w publikacjach. Opierając się na obserwacjach (w tym na autoobserwacjach) stwierdzam, że w publikacjach występują trzy rodzaje błędów, nazwijmy je ogólnie, merytorycznych. Wynikają one z:
- niewiedzy autora;
- chwilowego "zaćmienia mózgu" autora (można to nazwać też nienależytą starannością);
- "uprzejmości" korekty/redakcji, która postanawia usprawnić coś w tekście, a nie ma ku temu wystarczającej wiedzy.

Pierwszej grupy nie trzeba chyba tłumaczyć.

Druga to wszelkie pomyłki, uproszczenia, błędne tłumaczenia itp. Podam tu idealny przykład z mojej twórczości wzięty. Użyłem kiedyś terminu „ciężar” zamiast „ciężar właściwy” i to dwukrotnie w tym samym tekście. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach, czytając mój tekst nie pomyślał, że faktycznie w danym przypadku pisze o ciężarze, a nie o ciężarze właściwym (żeby być jeszcze dokładniejszym to dodam, że w zasadzie wystarczyło pisać o gęstości). Co więcej, gdybym napisał ciężar właściwy to być może niektórzy musieliby zacząć szukać w pamięci wiadomości z podstawówkowej fizyki ;). Niestety, powyższe nie stanowiły dla mnie żadnego usprawiedliwienia i przez chwilę miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Zrobiłem szkolny błąd i było mi po prostu wstyd. Nie miałem oporów by przyznać się do tego, a wytykającego ów błąd serdecznie w tej chwili pozdrawiam i dziękuję. To dla mnie lekcja ostrożności i staranności, z której pracę domową odrabiam do dziś.

Zawsze, ale to zawsze wychodzę z założenia, że ten który pisze uwagi do moich tekstów zasługuje uznanie, bo chciało mu się wyłuskać niespójności i chciało mu się tą wiedzą podzielić, co stanowi dla mnie bezcenną pomoc.

Zbaczając z tematu postu dodam, że również pomoc (nawet, a może zwłaszcza w formie krytyki) stylistyczna czy ogólna, językowa jest również zawsze mile widziana.

Na koniec grupa trzecia, czyli prezenty od korekty. Daleko nie szukając przypomnę zabawę słowami „efektywny”, „efektowny” i „trafny” autorstwa MSiO. Okazuje się, że czasem nie warto poprawiać autora, zwłaszcza odwracając sens wypowiedzi o 180 stopni.

Dodam jeszcze, że błędy w publikacjach uważam za wpadki, a celowe wstawianie nadmiernych uogólnień lub nieprecyzyjnych informacji uważam za niedopuszczalne. Stara zasada mówi, że pobudzenie pozytywnej ciekawości czytelnika następuje nie na skutek podania mu czegoś co od razu go zniechęci lub nastawi negatywnie, lecz na skutek pozostawiania jakiegoś zagadnienia otwartym lub całkowite pominięcie jakiegoś drugo- czy raczej trzeciorzędnego problemu. Problemu, który jest potencjalnym celem kolejnej potencjalnej publikacji. A to oznacza, że w rzeczonej kwestii czuję się jak ryba w wodzie i tylko czekam, by wziąć się do roboty.

Ostatnie sprawa to zdolność do krytyki tekstu. Wyznaję zasadę, że nie trzeba nakręcić stu filmów, by móc wydać opinię o danym obrazie. Ilu krytyków filmowych ma za sobą choćby minimalne doświadczenie za kamerą? Tak samo uważam, że prawo do krytyki tekstu ma KAŻDY czytelnik. Może to być krytyka oparta na argumentach emocjonalnych (podobało mi się lub nie), które z reguły wyznaczają „lekkość pióra” autora oraz „nośność” tematyki podlegającej opracowaniu. Wreszcie może to być krytyka oparta na argumentach rzeczowych, określająca stopień „doskonałości” wiedzy autora w poszczególnych omawianych przez niego zagadnieniach. Argumenty rzeczowe nigdy nie biorą się z Księżyca i są w dość łatwy sposób weryfikowalne. Niektórzy czytelnicy bardzo często mylą slogany z argumentami rzeczowymi, niektórzy również próbują wybrać dowolne stwierdzenie i poprzez udowodnienie jego błędności, zaprzeczyć tezie autora itd., itd.

Proszę wybaczcie mi dość luźny związek z tematem, ale jak widzę stało się to normą, więc dramatycznie nie odstaję. Proszę również nie traktować żadnej części mojej wypowiedzi, jako wymierzona w kogokolwiek, bo jest to jedynie zbiór refleksji jaki w znacznej mierze opieram na własnym doświadczeniu i na moich potknięciach.

Pozdrawiam,
Marmik

PS
Dodam jeszcze, że wielce ubolewam, że polski rynek publicystyczny jest tak ubogi w spółki autorów z różnym bagażem wiedzy i doświadczeń (np. historyk+technik teoretyk+ praktyk). Czasami skutkuje to przesyceniem technikaliami lub nadmiernym stopniem ogólności technicznej itp.

Dzień dobry,

Podejmując próbę kategoryzacji powodów nieudanej publicystyki napisał Pan oczywiście rzeczy słuszne i z życia wzięte. Nie uwzględnił Pan jednak czegoś takiego, jak kategorie same w sobie nie dające się porównać z niczym, co dotychczas znane w polskiej publicystyce lotniczej. Taką nową kategorią jest publicystyczny bandytyzm Tymoteusza Pawłowskiego. Bo jest to bandytyzm i łatwo to udowodnić na przykładach z historii krajowej publicystyki lotniczej.

Otóż w starej „Skrzydlatej Polsce” wydawanej przez WKiŁ był taki pan W. Pan przemiły, sympatyczny, bardzo życzliwy wobec innych ludzi, ogólnie rzecz biorąc bardzo pozytywna postać. Pan W. miał jednak poważną wadę przy całym swoim naprawdę ujmującym charakterze i dobroci. Pan W. zmyślał. Zmyślał, ale w swojej dobroci nie ukrywał tego faktu. Pan W. pisał i o lotnictwie, i o elektronice. Pan W. żył w czasach wielkiej fascynacji Polaków elektroniką, gdy po domach wszyscy tym zafascynowani trawili obwody drukowane gazując rodziny niemal do nieprzytomności, a przy tym pochłaniając każdy polski artykuł z jakiegokolwiek czasopisma, gdzie ktoś wymyślił, albo skopiował z Zachodu jakiś schemat jakiegoś urządzenia – od rzeczy najprostszych aż po wieże hi-fi. Pan W. też tę tematykę podejmował. Publikował artykuły na temat elektroniki, awioniki, sam projektował różne obwody elektroniczne i wstawiał w te obwody różne sobie znane tranzystory i pierwsze już obwody scalone. „Sobie znane” jest sformułowaniem kluczowym dla zjawiska pana W. Polscy inżynierowie lotniczy, którzy chcieli coś zmontować z artykułów pana W. zaczęli się tym artykułom przyglądać. Brano katalogi światowych producentów tranzystorów i układów scalonych, krok po kroku sprawdzano symbole tych podzespołów w schematach pana W. aż dochodzono do ściany – czytaj do symboli nieznanych, do tranzystorów i układów scalonych niemożliwych do znalezienia w jakimkolwiek krajowym lub zagranicznym katalogu. Rysowane przez pana W. obwody drukowane były całkiem sensowne i wielu coś chciało z nich zrobić, ale sprawa rozbijała się o tajemnicze, niedostępne na rynku symbole tranzystorów i układów scalonych pana W. W końcu nie wytrzymali tego inżynierowie z działów technicznych Zarządu Głównego Aeroklubu, a ponieważ pana W. dobrze znali, jako członka redakcji „Skrzydlatej Polski” to przemiłego pana W. zapytali, jak to jest z tymi jego nigdzie nie istniejącymi tranzystorami i układami scalonymi, bo ogólnie pan W. projektował rzeczy naprawdę dobre, ale niemożliwe do wykonania z tego ostatniego drobnego powodu, jak brak wspomnianych podzespołów o indeksach literowo-cyfrowych wpisywanych przez pana W. Zapytany o to wszystko pan W. z najbardziej czarującym i rozbrajającym uśmiechem, i naprawdę z wielkim zawstydzeniem, mówił że on te brakujące symbole... zmyśla, bo przecież coś wpisać musiał po zaprojektowaniu udanego obwodu, ale nagle stwierdzał, że do domknięcia jego koncepcji brakuje właśnie jakiejś części o takich parametrach, jakie pasowałyby do jego idei. Szok po tym wyznaniu był wielki w środowisku inżynierów lotniczych. Ponieważ pan W. wiele razy zmyślał różne nieistniejące symbole równie nieistniejących podzespołów elektronicznych zatem pan W. stał się folklorem krajowej publicystyki lotniczej. Całe środowisko lotnicze było przekonane, że Polsce już nic gorszego nie może się przytrafić, niż pan W. Na zawsze pan W. stał się synonimem zakały polskiej publicystyki lotniczej i był traktowany już tylko z uśmiechem politowania. Wydawało się, że to najczarniejsza postać polskiej publicystyki lotniczej.

No i błąd. Nigdy nie mów nigdy. Pan W. jest niczym w porównaniu z Tymoteuszem Pawłowskim, bo u niego wszystko jest nieprawdziwe, a nie jakiś jeden element w miarę sensownej układanki, jak u pana W. U Pawłowskiego odbywa się właśnie publicystyczny bandytyzm – jest to w narcyzmie, pysze i bezczelności świadome okłamywanie, ogłupianie czytelnika pod każdym, dosłownie pod każdym względem. Jest to bandycki, agresywny napad na umysły czytelników. Tego jeszcze w Polsce nie było. Jedyne elementy prawdziwe twórczości tego osobnika to jest tytuł tekstu, imię i nazwisko pod tekstem, ewentualnie nazwy własne sprzętu lotniczego. I na tym koniec. Cała reszta jest bełkotem.
Avatar użytkownika
G. Cz.
 
Posty: 183
Dołączył(a): 2008-04-03, 09:32

Postprzez Tzaw1 » 2009-06-09, 09:19

Ksenofont napisał(a):Co się działo, gdy potraktowałem dyskutantów poważnie i spróbowałem wyjaśnić, co to znaczyło duży (Peregrine) i mały (Vulture) silnik:
http://fow.aplus.pl/forum/viewtopic.php?p=97652#97652

Panie Pawłowski miej Pan trochę wstydu i zamilcz Pan.
Pańskie wyjaśnienia dla każdego, kto cokolwiek wie o lotnictwie międzywojennym, są żenujące.
Żadne wygibasy semantyczne, które tak chętnie Pan uprawie, nie przesłonią faktu, że za słabe uznał Pan i Peregrine (ponad 800 KM), i Fokę (co najwyżej 420-450 KM).
Skoro nadal Pan nie rozumie różnicy, niech Pan wypije setkę piwa, a zaraz potem setkę wódki. Może metoda organoleptyczna ułatwi Panu zrozumienie różnicy.

BTW W całym sicie dziur szukać nie trzeba.

Pozdrawiam
TZ


PS Niech Pan już przestanie odgrywać skrzywdzoną dziewicę. Cnotę utracił Pan już dawno. Nic nie zmieni faktu, że tym razem popełnił Pan wyjątkowego babola.
Naprawdę byłoby lepiej dla Pana - skoro nie potrafi Pan przyznać się do wpadki - żeby przynajmniej Pan zamilknął. Bo znajduje się już Pan na granicy śmieszności. A chyba nie chce pan, żeby Pańskie nazwisko kojarzyło się z kiepskim siermiężnym kabaretem, miast poważnej twórczości.
W której to twórczości szczerze życzę Panu sukcesów.
TZ
Ostatnio edytowano 2009-06-09, 09:25 przez Tzaw1, łącznie edytowano 1 raz
Obrazek
Tzaw1
 
Posty: 640
Dołączył(a): 2006-05-03, 17:23
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Marmik » 2009-06-09, 09:23

G. Cz. napisał(a):Pan W. jest niczym w porównaniu z Tymoteuszem Pawłowskim, bo u niego wszystko jest nieprawdziwe, a nie jakiś jeden element w miarę sensownej układanki, jak u pana W. U Pawłowskiego odbywa się właśnie publicystyczny bandytyzm – jest to w narcyzmie, pysze i bezczelności świadome okłamywanie, ogłupianie czytelnika pod każdym, dosłownie pod każdym względem. Jest to bandycki, agresywny napad na umysły czytelników. Tego jeszcze w Polsce nie było. Jedyne elementy prawdziwe twórczości tego osobnika to jest tytuł tekstu, imię i nazwisko pod tekstem, ewentualnie nazwy własne sprzętu lotniczego. I na tym koniec. Cała reszta jest bełkotem.

Panie Grzegorzu, rozumiem że powyższa wypowiedź jest pokłosiem negatywnego stosunku do twórczości X i do niego samego. Rozumiem też, że dysponuje Pan ogromna wiedzą w zakresie lotnictwa. Domyślam sie również, że w pewnym sensie uznał Pan za swój obowiązek sprzeciwienie się obecnemu stanowi rzeczy.

W związku z powyższym mam małą propozycję, która może wyjść czytelnikom tylko na dobre. Niestety, byłoby to związne z dalszym zaangażowaniem Pana w ów, nazwijmy to "spór". O ile podjąłby się Pan napisania tekstu o takim samym tytule jak tekst X to podejrzewam, że wielu, wielu czytelników mogłoby wyraźniej zobaczyć to co w opinii PT Dyskutantów jest olbrzymią wadą artylułu X.

Skąd taka propozycja w sytuacji gdy Tzaw napisał już tak obszerną i uargumentowaną recenzję? Otóż stąd, że zamiast komentarza jednej strony medalu bardzo chętnie zobaczyłbym drugą. Wiem, że propozycja jest nieco nietypowa, bo prócz zawartości merytorycznej, czytelnicy będą rownież oceniać warsztat pisarski, ale to nie stanowi chyba problemu. Jestem pewien, że redakcja biuletynu DWS przyjmie taki artykuł z otwartymi ramionami, a może i "Lotnictwo" podejmie próbę pokazania, że jest pismem ceniącym dyskusję.

Ze swojej strony podkreślę, że choć moje zainteresowania lotnictwem (innym niż pokładowe) zakończyły się ponad 15 lat temu to czekałbym na ten tekst z niecierpliwością. Dlaczego? Ano dlatego, że mimo wszystko wolę wydwać osądy osobiście, na podstawie analizy porównawczej tekstów i twierdzeń. Dlatego w rzeczonej sytuacji, nie ma możliwości bym, pomimo dostarczanych tu dowodów, w pełni zgodził się z Pana opinią i bezkrtytycznie potraktował cały artykuł X jako stek bzdur, lecz co najwyżej jako obarczony pewną liczbą (wyszczególnioną w recenzji i dyskusji) nieścisłości i błędów.

Ksenofont napisał(a):Ale czasami szuka się błędów niczym dziury w całym!

Ksenofoncie, technicznie jest to bez znaczenia dla autora. Rozwijając, można tu podać przykład Borowiaka, który popełnia duża liczbę przeróżnych błędów i nieścisłości, czasem stosuje nadinterpretację, czasem lekką spekulację, ale ogólne przesłanie większości tekstów (tych które czytałem) jest czytelne (może prócz owej nieszczęsnej "monografii"). Czy zatem wyłuskiwanie błędów Borowiaka jest szukaniem dziury w całym?
To co dla innych jest brzegiem morza, dla marynarza jest brzegiem lądu.
Avatar użytkownika
Marmik
 
Posty: 3695
Dołączył(a): 2006-04-30, 23:49
Lokalizacja: Puck

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Forum Lotnictwa

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości