D-ca Floty - powinien był siedzieć tam, gdzie miałby największe możliwości dowodzenia, w szczególności łączność z podległymi jednostkami.
Skoro plan zaminowania Zatoki był w sumie najważniejszą (i w zasadzie jedyną) operacją PMW, to obowiązkiem D-cy Floty było osobiste dopilnowanie, żeby ten plan został wykonany.
Dowódca Gryfa dostał rozkaz, w celu wykonania którego miał zaokrętowane miny. Nikt tego rozkazu nie odwołał. Zwracam uwagę, że do czasu odwołania rozkazu, każdy nim związany ma obowiązek go wykonać. Jedyne ograniczenie to przestępczy charakter rozkazu, i tylko tyle.
Łomidze, przejmując dowodzenie, dalej był tym rozkazem związany. Pozbywając się min uniemożliwiał wykonanie go, (bo postawienie zapory z opóźnieniem doby z uwagi na konieczność załadunku nowych min jest niewykonaniem rozkazu postawienia zagrody minowej w nocy z 1 na 2 września), czyli nie wykonywał., a nawet sabotował jego wykonanie swemu ewentualnemu następcy (jakby nie było Łomidze, to kolejny oficer na stanowisku dowódcy Gryfa miał obowiązek rozkaz wykonać).
Ergo: po południu 1.IX zbiera się sąd polowy, stwierdza oczywistą winę - bo dowódca Gryfa miał postawić miny; wyrzucajć je do morza uniemożliwił jego wykonanie = nie wykonał rozkazu => o świcie 2. IX 6 żołnierzy + podoficer + oficer + kapelan + lekarz + przepaska (wedle gustu) i 2 szergowców złopatami i workiem brezentowym. Kropka.
Unrug - za niedopilnowanie wykonania rozkazu - jak wyżej (chociaż może trwałoby to chwilę dłużej).
O Śmigłym możnaby jeszcze wiele (złego, niestety) powiedzieć.
Co do koncepcji użycia OP i przewidywań KMW: akurat jak się ma 5 OP (w tym 3 stawiacze min), duży stawiacz min typu Gryf i jeszcze "ptaszki", to raczej trudno się spodziewać, że siły ciężkie KM będą na tyle uprzejme, że podejdą same prosto na pola minowe o pod wyrzutnie torpedowe naszych OP, czyż nie? Przecież sąsiedzi wiedzieli, że mamy OP, i co mogą one zrobić ewentualnej ciężkiej eskadrze (duuże kuku). Poza tym IIRC nasz wywiad rozpracował nie tylko ugrupowanie Wehrmachtu, ale także skład sił nawodnych KM przeznaczonych do działań przeciwko Polsce. Gryf + ptaszki postawiłyby ładna zaporę na Zatoce, potem kolejnej nocy mogłyby jeszcze dołożyć co nieco np. na redzie Gdańska

i tak aż do skutku (ewentualnie wcześniejszego czy późniejszego końca). Zapory minowe były już calkiem poważnym zagrożeniem; a jakby Gryf minował przez dwie noce, to w Zatoce byłoby 600 min (i jeszcze trochę z ptaszków). Niemcy by o tym wiedzieli, więc raczej nie ryzykowaliby wysyłania ciężkic okrętów na niewytrałowane wody, czyż nie?
Poza tym, żeby dopłynąc do Wybrzeża, to niemieckie okręty musiałyby wyjść z baz, potem musiałyby także do nich wrócić. I tam powinny czekac OP. Wiadomo, że Cieśniny Duńskie to "wąskie gardło", więc spokojnie trzeba było wysłać OP wcześniej "na drugą stronę" - skoro i tak miały się przedzierać do W.Bryt., to dlaczego nie miałyby przejśc na Morze Północne wcześniej? A takie 60 min pod Wilhelmshafen... już mogłoby boleć.
I czynnik zaskoczenia...
Poza tym już po I Wojnie wiedziano, ze OP mogą być poważnym zagrożeniem dla dużych okrętów (choćby słynny "triplet" z początku wojny); jak się miało już 5 całkiem nowoczesnych i groźnych OP, to raczej trudno zakładać, że wróg sam pod nie wpadnie. Tutaj to już trzeba było samemu szukać wroga i topić go przy każdej okazji. Inna sprawa, że dowódcy OP raczej nie byli najlepszego sortu...
I za takie błędy Unrug też powinien spotkać się z Łomidze o świcie...