Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

czyli hobby, kultura, sztuka, wścieklizna i w ogóle offtopic...

Moderator: nicpon

Awatar użytkownika
Gregski
Posty: 808
Rejestracja: 2006-01-27, 21:47
Lokalizacja: Na Kociewiu albo na morzu

Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: Gregski »

https://biznes.interia.pl/finanse/news- ... Id,5584370
Coś takiego jest bardziej niebezpieczne dla UE niż wszystkie awantury o trybunały.

Ciekaw jestem jaka będzie reakcja społeczeństw jak unijni fanatycy zabiorą ludziom samochody, karkówkę na grilla i zabronią latać na wakacje.
Wśród ludzi człowiek dziczeje.
Waldemar Łysiak
Awatar użytkownika
Marmik
Posty: 4606
Rejestracja: 2006-04-30, 23:49
Lokalizacja: Puck

Re: "Dobra Zmiana"

Post autor: Marmik »

Gregski pisze: 2021-10-21, 18:39Coś takiego jest bardziej niebezpieczne dla UE niż wszystkie awantury o trybunały.
Ciekaw jestem jaka będzie reakcja społeczeństw jak unijni fanatycy zabiorą ludziom samochody, karkówkę na grilla i zabronią latać na wakacje.
Ten temat śledzę od dłuższego czasu.
Generalnie kiedyś pralkę się naprawiało. Dziś jak popsuje się po gwarancji to coraz częściej kupuje się nową. Spirala konsumpcji jest nakręcona, a tryby naoliwione. Jak dotąd odbiorcy na rynku motoryzacyjnym dość skutecznie opierali się temu trendowi i samochody były odsprzedawane do kolejnych użytkowników dożywając sędziwego wieku. Ot np. mój samochód ma 18 lat i nadal jest sprawny, praktyczny, wygodny i w zasadzie zero śladów rdzy (nie dziwota skoro drzwi i maska z aluminium, a błotniki i klapa z plastiku :) ). Nawet jeśli zdecydowałbym się go pozbyć to trafi się ktoś, kto go jeszcze przez kilka lat będzie używał.

Zatem jak sprawić, by ludzie nie jeździli tak długo samochodami? Normalnie, czyli... sprawić, by czym prędzej inwestowanie w samochód przestało być opłacalne. Idealne do tego są... samochody elektryczne. Świetnie wpisują się w wizję ekologii (jakby dobrze policzyć to może się okazać nieco inaczej) i na każdym etapie decydenci prześcigają się w ułatwieniach dla elektryków. Na szybkiego znalazłem w necie informację na ile wyceniony został koszt wymiany akumulatorów w Nissanie Leaf. Nowe kosztują 60-70 tys. zł. Cena używanych zestawów nie przekracza 30 tys. zł.

No to teraz weźmy pod uwagę, że żywotność baterii w samochodzie elektrycznym to około 900 cykli ładowania. Szumnie przelicza się to na jakieś 250 tys kilometrów. No tak, ale bez ogrzewania, klimatyzacji i ciągle w trybie ekonomicznym 😉. W realu załóżmy, że to będzie 8 lat użytkowania, czyli tyle ile chyba większość producentów daje gwarancji. No niech będzie nawet 10 lat. I co potem? Bez wątpienia odsetek samochodów, które trafią na złomowiska wzrośnie. Oczywiście ku uciesze koncernów motoryzacyjnych.

W zasadzie wszystko zmierza do tego, że sensowność eksploatacji samochodu zacznie wyznaczać granica gwarancji producenta. Ale nawet i to nie zawsze, bo może jeszcze być dodatkowy czynnik w postaci dopłat. Na całe szczęście nie grozi nam scenariusz norweski (gdzie praktycznie nowe auta trafiają na złomowisko KLIK!), ale prawda jest taka, że zanim wytworzy się sieć nieautoryzowanych stacji naprawiania elektryków to koncerny wyeliminują i to zagrożenie. Mechanik samochodowy stanie się taką rzadkością jak ślusarz, szewc czy zegarmistrz. Niech żyje wieczna konsumpcja!

Idąc dalej, do odpadów trzeba będzie dodać całe mnóstwo zużytych baterii (pomijając to, że ich produkcja też nie jest obojętna dla środowiska), a perspektywy dla tego przemysłu są świetlane. Stracą jedni (nafciarze), a zyskają drudzy (przetwórcy litu). Do tego trzeba będzie doliczyć dostawców energii, bo to chyba dość oczywiste, że jeśli np. połowa aut w naszym kraju będzie elektryczna to wpłynie na bilans energetyczny. Nie jesteśmy Norwegią, która dzięki ukształtowaniu terenu może ok. 97% energii pozyskiwać z wody.
245602724_4233874630074177_5637689056576489780_n.jpg
245602724_4233874630074177_5637689056576489780_n.jpg (78.82 KiB) Przejrzano 945 razy
.
Nie tyle chodzi mi o atakowanie aut elektrycznych, co o to, by zrozumieć, że nie ma tylko jednowymiarowej korzyści lub jednowymiarowej straty. To wszystko jest zjawiskiem wielopłaszczyznowym. Żeby nie szukać daleko to przypomniały mi się "ekologiczne" świetlówki kompaktowe, które siłę wepchnięto do domów, tak naprawdę tylko po to by zminimalizować straty trzech największych koncernów oświetleniowych. Oczywiście owo wprowadzanie odbywało się pod wyniosłymi hasłami, ale kolejne lata wystraczająco obnażyły prawdę. W rzeczywistości była to ślepa uliczką, którą w momencie wprowadzania dyrektywy można było całkowicie pominąć. Ale kto by się przejmował, że po tym zostaniemy z odpadami w postaci miliardów świetlówek wypełnionych oparami rtęci.

Znalazłem jeszcze taki bardzo fajny filmik, który wydaje mi się dość wiarygodny. Zwłaszcza, że - choć z nurtu proekologicznego - nie potraktowano wszystkiego sztampowo tylko uwzględniono lokalne czynniki. Mogę się mylić, ale wszystko jest dość fajnie opisane... z pominięciem właśnie... wymiany baterii na nowe. To w istotny sposób podniosłoby "emisyjność" pojazdu elektrycznego i bardzo poważnie zmniejszyłoby emisyjną konkurencyjność. Obliczenia są dla średniego cyklu życia samochodu i właśnie tu dochodzimy do sedna.
10-12 lat i na szrot. Prawdopodobieństwo, że ktokolwiek podejmie się akumulatorowej reanimacji auta kosztującego w tym wieku mniej niż same akumulatory jest niewielkie.
Owszem, technologia będzie się rozwijać, zasięgi wzrastać, a zimą nie będzie trzeba wyłączać ogrzewania by dojechać do celu bez przymusowego postoju, ale na chwilę obecną to jeszcze pieśń przyszłości. Zwłaszcza w naszym kraju.
Tak czy owak dochodzimy do tego, że koncerny zapewnią sobie produkowanie samochodów w bardziej przewidywalnym cyklu 🙂.


.
Jak wspomniałem jest to materiał pro-eko, więc nie zakładam nierzetelności w stronę "na korzyść" spalinowców. Roboczo zakładam, że jest całkowicie rzetelny. Teraz jeżeli przyjmiemy, że w momencie obliczania cyklu następuje konieczność wymiany baterii i dodamy emisję, jaka powstaje przy ich produkcji do całkowitej emisji CO2 (dodałem to w formie wstawki w czerwonej ramce) to nie wygląda to już tak różowo.
Poland.jpg
Poland.jpg (155.18 KiB) Przejrzano 942 razy
A już najciekawsze wydaje się kompletne pomijanie LPG w dyskusji o ekologicznych aspektach motoryzacji. Nawet w sytuacji gdy są już badania, które potwierdzają pozytywny wpływ samochodów zasilanych gazem na ograniczenie emisji szkodliwych substancji. Tymczasem świat całkowicie o tym milczy, za to przez wszystkie przypadki odmienia hasło elektromobilność.

Może jednak wydzielę to z wątku o dobrej zmianie, bo temat wydaje się dość ciekawy.
To co dla innych jest brzegiem morza, dla marynarza jest brzegiem lądu.
Awatar użytkownika
Radeckij
Posty: 186
Rejestracja: 2006-02-05, 16:03
Lokalizacja: Tęczoburg

Re: "Dobra Zmiana"

Post autor: Radeckij »

@Marmik

W obecnych realiach warto pamiętać o jeszcze jednej rzeczy związanej z samochodami elektrycznymi - nieopłacalności poważnych napraw. System dopłat do pojazdów elektrycznych nałożony na fakt, że każda poważniejsza (odbywająca się z dużą energią) kolizja wymaga wymiany baterii powoduje, że naprawa elektrycznych aut powypadkowych jest nieopłacalna. Nie opłaca się doprowadzać takiego auta do stanu "Niemiec płakał jak sprzedawał" bo na używanego elektryka nie ma dopłat...
Róbmy swoje! Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje! Bo jeżeli ciut się chce,
Drobiazgów parę się uchowa: Kultura, sztuka, wolność słowa, Kochani
Róbmy swoje!
Awatar użytkownika
Marmik
Posty: 4606
Rejestracja: 2006-04-30, 23:49
Lokalizacja: Puck

Re: "Dobra Zmiana"

Post autor: Marmik »

Tak, poważna kolizja = auto na złom + akumulatory do utylizacji (czyli stosunek pomiędzy autem elektrycznym i spalinowym ledwie się zbilansuje, albo nawet nie, bo kupując nowego elektryka podwaja się bilans emisji CO2). To uzupełnienie tego o czym mówi podlinkowany artykuł dotyczący nazwijmy to "syndromu norweskiego". Nie wiem które zjawisko jest bardziej niebezpieczne, ale obstawiam, że jednak uszkodzenia - nazwijmy to - nieprzesadnie poważne. Ich też nie opłaca się naprawiać.
Raz, że nawet porównywalne technologicznie części zamienne do aut elektrycznych są droższe niż do spalinowych (efekt celowy) to w zasadzie jedyne co będzie można w przyszłości wymieniać to klocki hamulcowe, tarcze, część elementów zawieszenia i w zasadzie na tym koniec. Wszystko bowiem zależy od tego na ile producenci pozwolą "reanimować" auto i czy opłacać się będzie produkcja zamienników. A produkcji zamienników najłatwiej zapobiec poprzez drugą gałąź zmian, czyli maksymalne "zniechęcenie" do posiadania auta na własność. Elektryki świetnie się tu sprawdzą. Już dzisiaj wielu moich znajomych (zwłaszcza prowadzących działalność) ocenia, że nie opłaca im się kupować auta na własność. Leasing, czy nawet wynajem długoterminowy stają się coraz większą częścią rynku motoryzacyjnego. Samochód przestaje być dobrem, a staje się narzędziem. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że jest to jednak narzędzie jednostkowo bardzo kosztowne i skrócenie czasu użytkowania generalnie sprzyja rosnącemu konsumpcjonizmowi. Żeby nie poszerzać to nie będę rozwijać pewnej korelacji z trendem, że w zasadzie w ogóle nie trzeba mieć nic na własność. Wszystko będzie działać dopóki system nie wypluje delikwenta. Ale to już zupełnie inny temat.

Obecnie funkcjonujący w Polsce program „Mój elektryk” zapewnia dopłaty dla osób fizycznych do 18 750 zł, a dla posiadaczy Karty Dużej Rodziny do 27 tys. zł na chwilę obecną jeszcze nie wywróci wszystkiego do góry nogami, ale krok już został zrobiony. Pół miliarda złotych wesprze stymulację rynku elektryków. Z tych pieniędzy można dofinansować zakup dwukrotnie więcej elektryków niż obecnie jeździ po polskich drogach. Producenci szybko już zareagowali na swoich oficjalnych stronach.
Nissan.jpg
Nissan.jpg (53.6 KiB) Przejrzano 874 razy
Renault.jpg
Renault.jpg (91.12 KiB) Przejrzano 873 razy
To co dla innych jest brzegiem morza, dla marynarza jest brzegiem lądu.
Wojciech Łabuć
Posty: 550
Rejestracja: 2020-04-15, 12:17

Re: "Dobra Zmiana"

Post autor: Wojciech Łabuć »

Nieopłacalność napraw przy poważniejszej kolizji to norma od lat dotycząca każdego nowego pojazdu. Przyczyną są strefy kontrolowanego zgniotu i inne zabezpieczenia mające chronić ludzi przed obrażeniami. Elektryczne samochody nic tu nie zmienią. I niestety dlatego w Polsce pojawia się tyle szrotów z gatunku "Panie, co pan ściągnąłeś? Jakbym nie klepał wiata przystanku wychodzi.". Znaczne zniszczenia i uszkodzenia nawet przy niezbyt poważnej kolizji połączone z dużym kosztem robocizny sprawiają, że często nie opłaca się naprawiać. I o ile na Zachodzie takie pojazdy są najczęściej "dawcami organów" na szrotach to nasi ciągną takie cuda do Polski i naprawiają z lepszym, lub częściej gorszym, skutkiem. Pamiętajmy, ze nowe auta mają chronić nie tylko ludzi wewnątrz pojazdu ale i minimalizować obrażenia u pieszego.

Co do napraw 8-10 latków to z pojazdami elektrycznymi na zachodzie jest prościej i taniej niż z rówieśnikami spalinowymi. Po pierwsze powszechne jest "leasingowanie" baterii. Płaci się niewielki abonament i mamy spokojną głowę bo cokolwiek się stanie to i tak bateria będzie cały czas na gwarancji i wszystkie naprawy/wymiana tejże baterii jest zapewniana przez dilera. Po drugie sam układ napędowy jest znacznie prostszy i sama eksploatacja jest tańsza i mniej kłopotliwa. A im więcej pojazdów elektrycznych będzie tym bardziej będzie to jeszcze tanieć. Może z wyjątkiem ceny "paliwa" ale tu ze spalinowymi lepiej nie jest. Pomiędzy ostatnim a przedostatnim tankowaniem miałem 15 eurocentów różnicy na 1 litrze paliwa!

Z drugiej strony - nowoczesne samochody spalinowe, w obecnej sytuacji, zostawiają powietrze "wydychane" czystsze niż te zassane. Problemem jest tylko to, że:
- Nowe samochody są za drogie dla wielu. Także w tzw. Europie Zachodniej. Auta elektryczne nawet z dopłatami są jeszcze droższe.
- Ludzie nie naprawiają samochodów bo albo ich nie stać na utrzymanie tego co kupili albo mają to w d... . W ostateczności wcisną taką "cytrynkę" jakiemuś biedniejszemu i niech on się martwi tym, że super okazja nie była absolutnie super.
- Rządy zbyt często zależne są od niewielkiej grupki z "zielonych" partii, które zapewniają tą minimalną przewagę i większość oraz/lub są to ludzie, którzy nigdy nie mierzyli się z problemami najuboższych. Plus tępa wiara w transport zbiorowy i rowery. Oczywiście te dwa ostatnie rozwiązania sprawdzą się dla części ale dla wielu absolutnie nie. I np. w Irlandii transport zbiorowy poza Dublinem jest śmiechu warty. Mocno ograniczona sieć połączeń z niewielką liczbą połączeń.
- Często ktoś proekologiczny" udaje debila lub jest debilem nie licząc się z tym, że emisja lub jej brak to nie tylko kwestia samego przemieszczania się ale produkcji oraz utylizacji. Plus kwestia skąd się energia bierze. Plus kwestia samej infrastruktury i wiara, że ledwo zipiąca sieć da radę nie posypać się olbrzymia liczba pojazdów zostanie podłączona do ładowania. Często w tym samym czasie. Plus w ramach samych domostw to będzie kwestia ładowania więcej niż jednego auta na raz. Bez inwestycji ani na poziomie krajowym ani lokalnym nie da się tego zrobić.
- Kwestia vanów i innych pojazdów użytkowych. Albo ograniczona ładowność i zasięg albo brak ładowności ale da się dojechać na miejsce ;p

Dla mnie pozostaje problemem również to, że obecnie nie istnieją małe auta z wymaganym przeze mnie zasięgiem. Oraz kolejna kwestia to, że ze względu na rozmiar i ciężar baterii zazwyczaj EV o sensownym zasięgu to SUVy. Mnie ten trend nie odpowiada. Oczywiście wiem, że jestem jednym z nielicznych i większość kocha pojazdy wyglądające na terenowe. Nawet jeśli potem nie potrafią czegoś tak dużego zaparkować choćby. I to pomimo kamer, czujników, itp.

Odnośnie wielu z tych problemów nie powinno się jednak obwiniać UE. Tylko klienta, który albo daje sobie wciskać kit albo sam się wciskania tego kitu domaga.

Dla mnie nie jest tajemnicą jak wygląda kwestia zdolności nabywczej pojazdów w społeczeństwie. Nawet w państwie tak bogatym, generalnie, jak Irlandia. Nie jestem podać dokładnie odsetka ale po prostu biorąc pod uwagę co naprawiam i dla kogo oraz znajomość z osobą sprzedającą auta tej dolnej warstwie to kilkanaście do ponad 20% społeczeństwa nie stać na nic poza starym, kłopotliwym i drogim w utrzymaniu pojazdem. I to jest taka pułapka zasysająca i nie pozwalająca się wyrwać. Tych ludzi nie stać na nic poza najtańszym autem. I to często kupowanym od mocno szemranych sprzedawców na raty niewiele odbiegające od okazji w stylu Provident. Zupełnie nielegalnie ale jak ktoś nie ma innego wyjścia to na legalność i kwestię tego jak bardzo jest orżnięty nie zwraca się uwagi. Akurat takie ekstremalne sytuacje to tylko mniejsza część tej dolnej kategorii ale to nadal istnieje. Potem pojawiają się auta z lewymi przeglądami - bo się opłaca i nawet mają miejsca włamania do stacji diagnostycznych tylko po to, aby ukraść oryginalnymi papier z holograficznymi elementami.

Ostatnio brat pojechał pomóc znajomemu kupić używany samochód. Z tych najtańszych i starych ale z nowym przeglądem. Brat próbował odradzać kupno jeszcze przed wyjazdem bo sprzedawcą był Cygan. I nie abyśmy byli rasistami ale po prostu mamy doświadczenie w tych kwestiach i z uwagi na powszechność problemów z takimi sprzedawcami po prostu lepiej unikać takiego źródła. Na miejscu auto było nawet ok z wyglądu. Dysk przeglądu oraz sam certyfikat też ok. Ale niedawno ktoś włamał się do lokalnej stacji diagnostycznej tylko aby ukraść papier, na którym drukowane są certyfikaty i dyski. Sprzedającym "oficjalnie" była kobieta ok. 40tki z dzieckiem na ręku. O wspomnianym etnicznym pochodzeniu. Kolejny dzwonek alarmowy, bo zazwyczaj w tejże grupie kobiety nie mają prawa jazdy. Nie wspominając o samochodach. I nie chodzi o to, że kobiety to słabi kierowcy czy coś podobnego tylko kwestie tego, że akurat tu kobiety trzyma się bardziej niż krótko i nikt im nie dałby takiej swobody i "siły". Brat od razu sprawdził na oficjalnej stronce, czy samochód ma przegląd. Nieco ponad 2 tygodnie po przeglądzie i w oficjalnej ewidencji nawet śladu po nowym przeglądzie nie ma. Więc brat zabawił się w udawany telefon na Gardę. W ręku trzymał certyfikat. Cyganka pyta się co brat robi. Brat odpowiada, że coś dziwnego i podejrzanego jest z przeglądem więc dzwoni na Gardę czy mogliby podjechać aby sprawdzić to. Cyganka wyrwała certyfikat z ręki brata, wrzuciła dzieciaka do samochodu i odjechała z piskiem opon. Najbliższe skrzyżowanie przejechała na czerwonym świetle ;p

A teraz dlaczego tak trudno wyrwać się z kręgu starego, kosztownego złomu. Bo mały wybór pojazdów. Jak ktoś ma mało pieniędzy to nie będzie jechał zbyt daleko po samochód. Nawet jeśli mógłby to to i tak niewiele zmieni. Jak ktoś na wszystkim oszczędza to nie wyda nawet kilkunastu euro na sprawdzenie samochodu online. Za te kilkanaście euro to on/ona zaleje paliwo na tydzień jazdy. I samochód będzie tak tankowany po kilka, góra kilkanaście, euro. Co jest złe dla samochodu zresztą. Samochód na 100% będzie miał sporo problemów technicznych, które będą zignorowane o ile tylko pojazd będzie zdolny do jazdy. Tu się pojawi kwestia tego, czy samochód będzie miał ważny przegląd. Czasami będzie miał jeszcze z miesiąc czy 2. Jeśli nie to jak bardzo kosztowne będą naprawy aby samochód przegląd przeszedł. Niektórzy będą kupowali jak najtaniej bo nie będą nawet na przegląd jeździć. Minimalizują po prostu koszt na wypadek złapania przez Gardę i rekwizycji samochodu. Nie będą nigdy próbować "wykupić" takiego auta. Kupią następne i będą się modlić aby sprawa w sądzie była jak najpóźniej bo na 100% utracą prawo jazdy na pewien czas. Spora część i tak będzie jeździła bo nie ma wyjścia. Rodzina musi coś jeść, gdzieś mieszkać a do pracy trzeba się jakoś dostać. Sądy prawo jazdy muszą zabierać ale sędziowie zazwyczaj przynajmniej minimalne grzywny dają. Często w uzasadnieniu wyroku usprawiedliwiając się, że zgodnie z prawem po prostu nie mogą dać mniejszej kary. Kolejna kwestia to ubezpieczenia i podatek drogowy za najstarsze auta. Te nowsze płacą podatek od emisji testowego auta przy homologacji. Starsze płacą od pojemności silnika. I tak za nowe auto podatek będzie najczęściej z przedziału 100-200 euro rocznie a staruszek zarejestrowany przed 2008 rokiem już przy pojemności 1400 to będzie 413 euro rocznie. Coś z przedziału 1500 - 1600 to 413 euro. A ponieważ takie opodatkowanie oraz cena paliwa powoduje, że samochody z małymi silnikami są zdecydowanie droższe niż te z większymi silnikami to ludzie kupują te z większymi silnikami. W ostateczności nie będą płacić podatku ale przynajmniej będzie ich stać na kupno samochodu. I teraz gwóźdź takich "okazji" czyli ktoś potrzebuje diesla, bo do pracy ma kawałek. Wybór mocno ograniczony i zazwyczaj 1.9 czy 2.0. Podatek co najmniej 710 euro rocznie! W tym momencie, gdyby taka osoba kupiła nowy samochód to spłacanie nowego samochodu plus podatek wyszłoby taniej ale nawet jeśli taka osoba dałaby radę zebrać na depozyt (który nie byłby tak bardzo większy od kupna starego złomu) to banki nie dają takim osobom zdolności kredytowej. I teraz dochodzi jeszcze ubezpieczenie, które oczywiście jest sporo droższe dla starych pojazdów bo koszt leczenia jest wysoki i ma większy wpływ na cenę ubezpieczenia niż wartość pojazdu. Starsze pojazdy mają gigantycznie mniejszą ilość systemów bezpieczeństwa i chroniących ludzi oraz szansa na niesprawność tychże lub ich awarię jest spora. Samo kupno i zalegalizowanie to koszt większy rocznie niż koszt kupna nowego samochodu. Jak weźmiemy pod uwagę awaryjność i kwestie doprowadzenie auta do legalnego, z technicznego punktu widzenia, stanu to mamy jeszcze większą przepaść. A nowe auta drożeją coraz bardziej, bo rząd podnosi cła aby zmusić do przejścia na elektryki. I coraz mniej nowych aut jest kupowanych. Do niedawna kupowano najchętniej kilkulatki z UK. Obecnie to jest mocno ograniczone i to głównie do "wiat przystankowych". Ludzie trzymają się tego co mają. Bez względu na stan techniczny. A rząd po raz kolejny, pod naciskiem zielonego koalicjanta, rekordowo podniósł VRT czyli cło. Tak na prawdę to nie pod naciskiem EU i planów na 2030 tylko "proekologicznych" lokalnych polityków, którzy nie mają pojęcia jak to wygląda poza Dublinem a i tam nie bardzo wiedzą co i jak. Bo nie mają kontaktu z tymi najbardziej "wykluczonymi". Ceny używanych aut wzrosły przynajmniej trzykrotnie. Pułapka zasysa jeszcze mocniej. Jeszcze bardziej dochodowy interes dla wszelkiej maści sk..., którzy chcą wydoić najbiedniejszych. Ja bym się cieszył, gdyby tu się pojawiała jakakolwiek elektryczna alternatywa bo to jednak byłoby taniej dla tych ludzi (podatek, naprawy, itp). Ale to jeszcze ani ten przedziałcenowy ani nie ma choćby ułamka potrzenej liczy samochodów elektrycznych.

Jak niektórzy pewnie wiedzą to udzielam się charytatywnie w pozarządowej organizacji zajmującej się pomocą dla bezdomnych. Placówka, gdzie pracuję jako wolontariusz jest w Dublinie. I teraz kwestia tego jak bardzo może być źle. Mieliśmy klienta, który pracował w firmie farmaceutycznej. Za minimalne wynagrodzenie. Do tego robił kurs ratownika medycznego. Zapierniczał od rana do wieczora. Aby jakoś rozwiązać problem mobilności kupił elektryczną hulajnogę. Co w sumie jest nielegalne bo dopiero teraz kwestia takich środków przemieszczana się będzie uregulowania prawnie. Większość stróżów prawa z Gardy świadoma luki prawnej nie reaguje na "hulajnogowiczów" . Ale siestety nie wszyscy tak reagowali. Ostatnio jeden z naszych rodaków stracił tak hulajnogę, musiał zapłącić grzywnę i stracił jeszcze prawojazdy. Sędzia znów dał minimalne przewidywalne kary i przepraszał, że to zrobił. Jak przyznał prawo nie dawało mu innej możłiwości. Jednak w przypadku tego z mojej placówki dobiło go coś zupełnie innego i prozaicznego - koszt wymiany przebitej opony. Hulajnoga to koszt "zaledwie" 250 euro ale sama opona to 50 euro. Jak się zarabia minimalną stawkę, trzeba jeść i się czasem ubrać a do tego paci alimenty to te 50 euro jest fortuną. Od "złapania gumy" do momentu, kiedy znaleźliśmy mu lokum blisko pracy przez ponad 2 miesiące chłopina musiał wstawać o prawie godzinę wcześniej aby zdążyć na czas do pracy. Oczywiście odpowiednio dłużej zajmowały mu powroty.

Dla mnie pseudoekologiczny pęd jest trudny do przełknięcia głównie z uwagi na tych "na dole". Bo k.. nawet jeśli to będzie tylko kilka procent społeczeństwa, a jest znacznie więcej, to i tak tym najbardziej wrażliwych stawia się przez zupełnie niemożliwą do rozwiązania sytuacją. Wręcz zmusza się ich do łamania prawa i penalizuje ich za to. Dlatego nie znoszę ekoterrorystów. Do celu nie powinno iść się po trupach czy kosztem najuboższych. A tak to ma miejsce. Nawet z uwagi na to jak pozyskuje się kluczowe dla produkcji baterii składniki. Zamiast dobrze zaplanowanej ewolucyjnej zmiany, gdzie tańsze, bardziej ekologiczne i bezpieczne samochody zapewniłyby poprawę szybciej mamy upierniczanie sensownej ewolucji w ramach parcia ku utopijnej wizji bez szans na realizację we wspomnianym terminie. Nieliczne państwa robią to sensownie. UE nie jest tu głównym winnym choć założenia unijnej polityki leżą u podstaw tego jak na szczeblach krajowych ludzie bez pojęcia o tym jak ich rodacy żyją podejmują decyzje o losie właśnie tych rodaków. W charakterystyczny dla polityków sposób - slogany o postępie i tym jak wiele się robi w tym kierunku połączone z milczeniem o tym jak słabo to im wychodzi oraz jaki jest rzeczywisty koszt i jak "ekologiczne" są ich rozwiązania. Bez rewolucyjnych przełomów technicznych w najbliższym czasie oraz bez cudownego przeobrażenia się koncernów motoryzacyjnych to plany na 2030 czy 2035 rok są jak najbardziej antyekologiczne bo są marnowaniem papieru i energii zużytkowanych na ich opracowanie i publikację choćby. Oraz wymiernym i cholernie dużym, a zupełnie zbędnym, utrzymywaniem nadmiernych szkodliwych emisji przez brak realnych i czasem prostych działań, które dałyby efekty teraz i upieranie się na przyszłych utopiach, które już teraz są tak bardzo opóźnione i nierealne, że upieranie się przy nich jest zwykła głupotą i sabotowaniem ichniejszych celów.
Awatar użytkownika
Marmik
Posty: 4606
Rejestracja: 2006-04-30, 23:49
Lokalizacja: Puck

Re: "Dobra Zmiana"

Post autor: Marmik »

Przeniosłem Twój post do nowego wątku.

Ufff... trochę mi zajmie zanim przebiję się przez ścianę tekstu. ;)
Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-21, 23:37Nieopłacalność napraw przy poważniejszej kolizji to norma od lat dotycząca każdego nowego pojazdu.
Dlatego raczej obawiam się "nie tak bardzo poważnych uszkodzeń". Różnica taka, że w przypadku elektryka dochodzi bardziej skomplikowana utylizacja akumulatorów.
Do tego dochodzi minus w postaci może nie tak bardzo prawdopodobnego, ale jednak realnie możliwego pożaru baterii przy poważnym wypadku. Baterii elektryka w zasadzie nie da się w normalny sposób ugasić. Gaśnica to w zasadzie zbędne wyposażenia. Z pożarem baterii może sobie nie poradzić nawet straż pożarna.
To co dla innych jest brzegiem morza, dla marynarza jest brzegiem lądu.
Wojciech Łabuć
Posty: 550
Rejestracja: 2020-04-15, 12:17

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: Wojciech Łabuć »

Odnośnie wypadków to z jednej strony nie jest źle - przy całkiem poważnych zderzeniach podłoga w miejscu gdzie obecnie montowane są baterie zazwyczaj nie ulega uszkodzeniom. W głównej mierze dzięki strefom kontrolowanego zgniotu. Nawet to kilkanaście lat temu przetestowałem na sobie, nie dobrowolnie, kiedy to jeszcze raczkowało w porównaniu do stanu obecnego. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje ale generalnie jest to bardziej normalność niż wyjątek. W dodatku technika idzie coraz bardziej do przodu. Np. Audi A8 przed uderzeniem z boku podniesie się nieco z tej strony, z której ktoś wjedzie w bok po to aby uderzenie trafiło we wzmocnione i przejmujące na siebie bardziej energię miejsce a nie w drzwi i ludzi. Te rozwiązanie prędzej niż później trafi do normalnych samochodów. Z punktu widzenia bezpieczeństwa, nie tylko, ważniejsze jednak jest stosowanie coraz powszechniej płyt podłogowych specjalnie zaprojektowanych na potrzeby samochodów elektrycznych. A to oznacza, że akumulatory są umiejscowione w najbardziej bezpiecznym dla takiego elementu miejscu (centralne ulokowanie w płycie podłogowej) oraz dodatkowo w optymalnym z punktu widzenia wykorzystania przestrzeni, wyważenia, itp. A nie w bagażniku/pod tylną kanapą/pomiędzy. To ma bardzo duże znaczenie ponieważ obecnie to pokrywa się z najlepiej chronionym i tak obszarem samochodu. Niestety jeśli ten obszar zostanie naruszony to zagrożenie pożarem nie jest naszym największym pożarem. Same siły fizyczne działające na nasze ciało i organy wewnętrzne stanowią znacznie większy problem. Oczywiście potencjalny pożar nie poprawia naszych szans przeżycia ale samo to co się stanie z nagle wyhamowującą wątrobą, sercem, mózgiem itp uderzającymi o żebra, pas czy czaszkę jest tym co nas z znaczną dozą prawdopodobieństwa zabije. Prędkość zabija i nie chodzi tylko o to jak "składa się" samochód ale jaka jest odporność naszych organów oraz to, że one nie są nieruchome wewnątrz ciała. Niestety na lekcjach fizyki czy biologii tego nie uczą.

Z drugiej strony ryzyko pożaru jest. Co gorsze to te ryzyko wzrasta od dawna. Nie tylko baterie. Aluminiowe elementy nadwozia. Powodzenia w gaszeniu podręcznymi środkami jeśli to się zapali. Swoją drogą to powodzenia w gaszeniu opony, która się zapali. W przypadku samochodów ciężarowych choćby schłodzenia i powstrzymania przed zapłonem przegrzanej opony często. A co choćby z pewną bawarską marką, która od pewnego czasu boryka się z seriami pożarów nowych samochodów. Nie tylko ona miała olbrzymie wtopy z EGR. Albo ten "gówno wort" z małymi silnikami Eco Boost, wyciekami płynu chłodniczego, przegrzewaniem się i znów pożarami? I znów, w kwestii sprawiedliwości dziejowej, to problemy (wady) konstrukcyjne i nadmierna podatność na pożary to element nieodłączny motoryzacji. Tragizm polega, że takie samochody istnieją od początków motoryzacji. Tragizm zwiększa się wraz z zwiększaniem się liczby samochodów, wzrostem prędkości oraz podobnymi elementami zwiększającymi liczbę takich zdarzeń.

Co do elektryków to tu jest problem. I nie będzie lepiej niestety z wielu powodów. Nie wszystkie są techniczne. Ale na początek o tych technicznych. Problem ładowania i czasu potrzebnego na to. Im więcej voltów tym szybciej. Koreańczycy przebijają na razie nawet Teslę. Nowy Hyundai czy siostrzana Kia to instalacje 800 voltowe i prawie 400 kW. Z jednej strony szybko bo od 10% do 80% w kilkanaście minut a i na ponad 300 km starczy. Z drugiej strony to ten "prund" to od cholery energii. I niby z jednej strony bezpieczniejszy od benzyny czy oleju napędowego ale nie tak do końca. Bo jeśli coś pójdzie źle to jest znacznie gorzej i niebezpieczniej. Od niedawna próbuje się oczerniać wodór jako ten niebezpieczny. Tylko pomimo tego, że w teorii jest on bardziej niebezpieczny niż paliwa płynne to w momencie najgorszym czyli przebicie i zapłon/eksplozja to po pierwsze jest go mało a po drugie przebieg wycieku a następnie zapłonu i eksplozji jest najmniej niebezpieczny dla pojazdu i ludzi wewnątrz. Gwałtowny ale poza pojazdem z uwagi na właściwości fizyczne, ciśnienie, etc. Oczywiście o ile nie będzie gromadził się wolno gdzieś, gdzie to może mieć inny przebieg ale to jest wyjątek. Energia elektryczna sama w sobie palna nie jest ale niepalność tego co otacza tą energię to jest inna kwestia. A często brak niepalności i wręcz odmienna sytuacja. Plus sama energia elektryczna nawet bez pożaru jest zabójcza.

Do tego dochodzą zalety użytkowe pojazdów z takim napędem czyli jak coś dobrego nie musi być bez kolców/dymu. Samochody elektryczne dysponują całkiem sporą mocą i co najważniejsze sporym momentem obrotowym od samego dołu. Do tego bez elementu, który dla większości kierowców dotychczas był elementem informującym o prędkości - są ciche. Te parametry mogą pojawić się nawet w niepozornych autach i to firm zupełnie nie kojarzonych z osiągami superaut. Wspomniane auta koreańskie - spora ich część będzie kupiona w wariancie posiadającym mających kuców w ilości około 300 a topowa wersja Kii EV6 to z tego co pamiętam napęd 4x4 i 560 KM. Najsłąbszy Hyundai czy Kia i tak będzie na poziomie najmocniejszego wariantu spalinowego! W wypadku topowej EV6 niektóre Ferrari czy inne Lamborghini będą miały powody do wstydu jeśli idzie o przyspieszenie. Prędkości maksymalna mała nie będzie. Dyskutujemy o pojazdach znacznie lepiej przyspieszających i to bez oznak, które nas dotychczas o narastającej prędkości informowały. Na oczy kamery CCTV widziałem jak znacznie słabsza hybryda potrafiła rozpędzić się i wbić w ścianę bo starsza kobieta została zupełnie zaskoczona przyspieszeniem i spanikowała przy zwykłym zawracaniu. Auto trafiło po tym na złom. Auto od ledwie toczenia się do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę przyspieszyło szybciej niż zrobiłoby to do niedawna szybkie auto z silnikiem o pojemności ponad 2 litrów. A nowe "elektryki" są jeszcze bardziej zrywne w tym przedziale i sporo powyżej również. Do tego te auta mają specjalne opony o mniejszych oporach toczenia. Nieco węższe profile niż spalinowe odpowiedniki. Przy większej mocy, przyspieszeniu i masie samego pojazdu skutkuje to słabszym hamowaniem. Sam system zatrzymywania pojazdu jest lepszy niż w spalinowym odpowiedniku, a przy tym wymagającym mniejszej obsługi i bardziej niezawodny. W dodatku zazwyczaj mamy systemy bezpieczeństwa, których w spalinowych odpowiednikach z tej klasy nie ma w standardzie a czasem nawet w opcjach czyli automatyczne hamowanie. Czy coś właściwego dla hybryd i elektryków czyli rekuperacja energii. Ale jak wspominałem "element końcowy" czyli opony nie koniecznie zapewniają optymalne parametry. Bo elektrykiem powinno się również inaczej jeździć ale my jesteśmy tylko ludźmi. Powtórzę się ale problem o którym piszę dotyczy tego że w podobnym pojeździe klasycznym i elektrycznym elektryk ma fabrycznie mniejszy rozmiar koła (co wcale nie jest takie gorsze), węższe i o mniejszych oporach toczenia. A to połączenie połączone z sporo większą masą robi różnicę niestety. I pomimo systemów bezpieczeństwa, wyświetlaczy HUD zwykły człowiek będzie nadal udowadniał, że pod względem mentalnym to my wcale daleko do małp naczelnych nie jesteśmy i to co anglosasi nazywają "common sense" wcale nie jest takie "common" :(

A teraz jeszcze pomyślmy jak taka "cicha śmierć" wpłynie na ilość potrąconych pieszych. Jakaś część tych co się nie rozejrzałoby przed wejściem na drogę zrobi to jeśli usłyszy, że coś nadjeżdża (nie dotyczy małp mało naczelnych z słuchawkami na uszach). Jak nie będą słyszeć to zwiększamy ryzyko. I niby montuje się systemy emitujące jakieś dziwne odgłosy ale nie są one niewyłączalne i nie do końca przypominają odgłosy wydawane przez pojazd spalinowy.

Podsumowując to co pisałem w tym poście i wcześniej to nie jestem przeciwnikiem samochodów elektrycznych. To bardzo fajna alternatywa. Niestety nie są tak eko jak ekstremalni propagatorzy twierdzą. Z przyczyn finansowo-rozmiarowo-gadżeciarsko-modelowych nie są do końca zawsze i wszędzie pociągającą alternatywą. Nie są bez wad ale i często nie mają wad jakie próbuje im się przypisywać. Dla ochrony środowiska oraz dobra społeczeństwa nie powinno się ich jednak wymuszać ponieważ to tylko spowalnia wymianę tych najstarszych i najbardziej trujących samochodów. Nie dla wszystkich są dobre w obecnej formie. W dodatku jeśli nie będzie się wymuszało wymianę w tak drastyczne sposoby to ceny jak i liczba wariantów będzie większa i bardziej dopasowana do potrzeb klienta. Plus najpierw dostosujmy się pod to pod względem systemów dystrybucji energii elektrycznej oraz pozyskiwania energii elektrycznej w sposób ekologiczny. Ja elektryka w sumie chętnie posiadałbym. Obecnie jako dodatkowe auto, być może nawet te używane najczęściej. Ale nie w takich cenach jak to ma miejsce obecnie. I nigdy nie byłby to mój wybór jeśli miałbym jechać w dalszą podróż. Niby więcej punktów ładowania, aplikacje, itp. Tylko jak człowiek zbada temat to okazuje się, że różne stacje wymagają oddzielnego rejestrowania się, różnych kart czy czegoś podobnego plus... w epoce, gdzie internet jest powszechny, informatyzacja jest tak głęboka i te wszystkie firmy i systemy mają aplikacje na smartfony to zaskakująco często ktoś przyjeżdża na stację gdzie niby wszystko działa a tu jednak nie wszystko działa lub wręcz nic nie działa. Albo są kolejki. Albo inna inszość -co zrobić kiedy okazuje się, że jakiegoś elektryka z awarią lub rozładowaną baterią nie da się nawet przepchnąć?

P.S. Przepraszam za ściany tekstu ale to są dość skomplikowane relacje love - hate. Pełne kłamstw z obu stron. Lub nieprawd wynikających z niezrozumienia i nieznajomości sytuacji. I jak każda nowość wiąże się to z sporym ekstremizmem po obu stronach.
Awatar użytkownika
jogi balboa
Posty: 2754
Rejestracja: 2007-01-18, 16:39

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: jogi balboa »

Nowy Hyundai czy siostrzana Kia to instalacje 800 voltowe i prawie 400 kW. Z jednej strony szybko bo od 10% do 80% w kilkanaście minut a i na ponad 300 km starczy.
300km dla nowej baterii. Dla baterii już nieco zużytej ile to będzie km? A dla takiej dziesięcioletniej? ;)
Fajnie że masz dużo mocy od dołu, ale: na ile km starczy ci energii przy takim stylu jazdy i jak to wpłynie na zużywanie się baterii w ciągu tych powiedzmy pięciu lub dziesięciu lat?

Na koniec najważniejsze. Czy dwudziestoletnie auto jest twoim zdaniem całościowo bardziej "trujące" niż pięcioletnie? Pomijając oczywiści zatruwanie ekonomii konsumpcyjnej ;)
Przez porównanie zużycia paliwa w podobnych masowo i pojemnością silnika twierdzę że nie do końca.

Z innej mańki. Stwierdziłeś że motory o dużej pojemności są problematyczne, paliwowo, olejowo, mechanicznie? Nie bardzo wiem o co ci chodziło. Od kilku lat nie poruszam się praktycznie niczym poniżej 2.7 litra i nie stwierdziłem żadnych problemów, których bym nie miał w 1.2 którym jeździłem piętnaście lat temu.
Awatar użytkownika
Gregski
Posty: 808
Rejestracja: 2006-01-27, 21:47
Lokalizacja: Na Kociewiu albo na morzu

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: Gregski »

A ile z tych 300 km zostanie w zimie?
No wspominając że coś tak mi się wydaje że ten oficjalny zasięg jest jak oficjalne zużycie paliwa.
Nikt go w praktyce nie osiąga.
Wśród ludzi człowiek dziczeje.
Waldemar Łysiak
Awatar użytkownika
jogi balboa
Posty: 2754
Rejestracja: 2007-01-18, 16:39

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: jogi balboa »

Bo jest liczony w "kołowrotku" i z realną eksploatacją nie ma nic wspólnego.
Gregski pisze: 2021-10-21, 18:39 https://biznes.interia.pl/finanse/news- ... Id,5584370
Coś takiego jest bardziej niebezpieczne dla UE niż wszystkie awantury o trybunały.
Najbardziej rozwala powiązanie czystości powietrza w miastach z ruchem samochodowym. Covidowy lockdown dowiódł niezbicie że powstawanie smogu ma niewiele wspólnego z ruchem ulicznym - przynajmniej w Warszawie.
Wojciech Łabuć
Posty: 550
Rejestracja: 2020-04-15, 12:17

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: Wojciech Łabuć »

Jogi dla zużytej "do wymiany" to będzie nadal ponad 250 km przy 80%. Bez względu na temperaturę i praktycznie bez względu na styl jazdy. O ile nie będziesz usiłował wszystkich ograniczeń łamać. Całkowicie naładowana bateria w wersji najmocniejszej ma ponad 450 km zasięgu. I Koreańczycy są na tyle sumienni, że w przeciwieństwie do wielu innych producentów nie podają całkowitej pojemność osiągalnej teoretycznie tylko minus tych kilka procent - pojemność osiągalną w normalnych warunkach dla nas użytkowników. Baterie są chłodzone/podgrzewane w zależności od potrzeby. Niestety w domu nie naładujesz tej baterii szybko ale przez noc przy normalnym używaniu powinno się zbalansować. Przy czym tu znów jest kwestia - kupujmy samochody pod nasze potrzeby. Jak elektryk to jaki zasięg i bateria/rozmiar. Jak spalinowy to też bierzmy pod uwagę zwyczajowe przebiegi i nie pchajmy się w diesla jak rocznie robimy kilka tysięcy kilometrów. Ludzie zbyt często wybierają "okiem" plus podpowiedzi sprzedawcy. A ten będzie wciskał to co mu pasuje i najbardziej się opłaca/zalega na placu.

Dwudziestoletnie sprawne auto jest bardziej trujące od sprawnego pięcioletniego. I nie przyjmuję bajek jak to stare auta mało palą. Mało palą jak się jeździ bardzo wolno i to w pewnych określonych wersjach silnikowych. Bez dodatkowego obciążenia. W zbliżonych warunkach różnica wynosi ok 1-2 litrów dla typowych samochodów. Jednak takie zbliżone warunki są sporadycznie spotykane ponieważ 20letnie auto z tego samego segmentu będzie znacznie lżejsze, mniejsze i bez porównania mniej bezpieczne. Porównaj 20letniego Golfa do 5 letnie Polówki, czy to samo Escort vs Fiesta itd itp. 20 letnie auto często będzie ustępować rozmiarem pojazdowi 5 letniemu z segmentu poniżej. Kolejna sprawa to kwestia, czy ta sama ilość spalonego paliwa przekłada się na takie samo zatruwanie? Ano nie przekłada a różnica jest gigantyczna.Oczywiście jeśli samochód jest sprawny technicznie. Tu jak zawsze będą pojazdy niezawodne i totalne "cytryny". Kto co lubi ;p
Z innej mańki. Stwierdziłeś że motory o dużej pojemności są problematyczne, paliwowo, olejowo, mechanicznie? Nie bardzo wiem o co ci chodziło. Od kilku lat nie poruszam się praktycznie niczym poniżej 2.7 litra i nie stwierdziłem żadnych problemów, których bym nie miał w 1.2 którym jeździłem piętnaście lat temu.
I czy to oznacza, że nie są to auta bardziej problematyczne niż nowe? Jak napisałem czy to będzie już "cud techniki" z wtryskiem czy jeszcze na gaźniku to utrzymanie w sprawności wymaga częstej regulacji choćby. jak 20+ lat to i dodatki do paliwa plus specjalny olej. Ustawienia zapłonu. Coś o czym właściciele większości nowych, normalnych samochodów zazwyczaj już nawet nie pamiętają. 3 stare dużosilnikowe samochody w moim posiadaniu. BMW - VANOS, Camaro - TPI, Merc - ten to dopiero wymaga regulacji choć ten niby na wtrysku także. Starsze samochody z dużym silnikiem - ciągłe grzebanie przy wielogardzielowych gaźnikach. ustawisz i niby wszystko ok ale pojedziesz w góry i dupa. Albo paliwo będzie inne i znów problem.

Przy czym Jogi nie napiszę, że wszystkie nowe takie są. Pisałem wcześniej i nadal będę się przy tym upierał, że część nowych samochodów to pułapka dla właściciela. Ale od tego jest mózg aby przed wydaniem całkiem sporej sumy na nowy samochód poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z ofertą w interesującym nas segmencie a nie opieranie się na testach, gdzie mowa jest o twardych/miękkich plastykach czy "interesującej linii" albo jeszcze na własnych gałkach ocznych - "bo się podoba". Nawet wersja silnikowa i wyposażenie ma znaczenie. "Och jak świetnie wygląda to auto na niskoprofilowych oponach i z największymi dostępnymi alusami" - a potem płacz, że ciągłe problemy z zawieszeniem, że koła uszkadzane. A ktoś mieszka przy drodze, która stanowiłaby wyzwanie dla Rosomaka 8x8. Jogi jakiś czas temu nie wytrzymałem jak mi klient zaczął awanturować się, bo wychodziło koło 800-900 euro za 1 amortyzator do jego BMW serii 3. Kupił tanio, zarabia rozwożeniem jedzenia i chciał się pokazać. To się dowiedział dlaczego tanio kupił i dlaczego to czym przed chwilą się chwalił teraz było poza zasięgiem jego budżetu do naprawy. Bo miał 18 czy 19 calowe obręcze plus ustawialną twardość zawieszenia. I ten luksus ma swoją cenę. To poszpanował...
A ile z tych 300 km zostanie w zimie?
No wspominając że coś tak mi się wydaje że ten oficjalny zasięg jest jak oficjalne zużycie paliwa.
Nikt go w praktyce nie osiąga.
Tak jak pisałem powyżej. Odrabiajmy "pracę domową" przed zakupem. Sprawdzajmy takie "drobiazgi" jak chłodzenie/podgrzewanie baterii. Jak podawana jest jej pojemność? A oficjalny zasięg akurat tych koreńskich samochodów jest bardzo zbliżony do realnego przy normalnej eksploatacji. Są ludzie, którzy przekroczyli go ponad 300km. Co niczego nie udowadnia, choć zrobili to w normalnych warunkach na normalnych drogach. Oczywiście jak ktoś te 300 czy 560 KM będzie cały czas zmuszał do galopu to sobie pojeździ kwadransik i koniec. Ale to nie rózni się w sumie wiele od spalinowych aut z potężnymi silnikami. Skylinem jak jeździłem ostro to widać było jak wskazówka opada. Ktoś będzie chciał poszaleć Veyronem przy maksymalnej prędkości to mu nawet nie paliwa zabraknie ale po 15 minutach opony będą w stanie prawie nie istniejącym - i to przy jeździe na wprost a nie na torze.

I tu znów wracamy do kwestii "wiary" Jeśli komuś nie odpowiada jakaś wersja napędowa to ok. Nawet jeśli oparte jest to na "wierze" a nie na faktach. Ludzie wybierają i kupują samochody w oparciu o jeszcze mniej sensowne kryteria. Mnie zupełnie rozwala opieranie się na marce i stereotypach. Szczególnie teraz, kiedy te "niezawodne" czy "prestiżowe" marki często produkują buble. Jeśli jednak ktoś przestanie się "okopywać" i trochę zagłębi się w temat to nawet jeśli jeszcze nie "przesiądzie się" lub zwyczajnie jeszcze nie ma odpowiedniej dla niego wersji to przynajmniej nie będzie powielał bzdur lub od dawna nie aktualnych informacji. Im więcej wiemy tym łatwiej unikać takich pułapek. Ale nadal każdy ma wybór i jak go stać to sobie może kupić co mu się żywnie podoba. I nadal będzie mógł - nawet w 2035 roku. Bo zakaz sprzedaży, o ile wejdzie, dotyczył będzie fabrycznie nowych samochodów. I jak ktoś będzie chciał sobie kupić kilkudziesięcioletni samochód to nadal będzie mógł. Oczywiście wybór będzie mniejszy bo starość nie radość :( A czy ten zakaz wejdzie w życie, albo gdzie i w jakiej ostatecznej formie to poczekajmy i zobaczymy. I doradzałbym bardziej patrzeć na lokalne implementacje zaleceń unijnych, itp. Bo tu zazwyczaj też lokalni geniusze a nie mityczny unijny urzędnik są sprawcami fikuśnych niedorzeczności. Nikt nie potrafi wprowadzić tak bzdurnego prawa jak nasz lokalny polityk wybrany przez nas samych. Lub nie niewybrany przez nas samych.
AdrianM
Posty: 2352
Rejestracja: 2018-03-14, 18:34

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: AdrianM »

Ja bym dorzucił trochę futuryzmu do tej dyskusji:

https://newrepublic.com/article/162280/ ... -uber-lyft

Artykuł generalnie nastawiony sceptycznie do transformacji samochodowej, ale może to nawet i lepiej :)

Najważniejszy aspekt jest taki: "gdzie asy biznesu znajdą nowe zyski z technologii?". Podstawa to wykreowanie mody na nowe rozwiązania, jeśli za tym jeszcze idą konkretne korzyści materialne to już powoli jesteśmy w domu. Kilka lat temu zainteresował mnie artykuł o postrzeganiu prawka/samochodu przez młodych i czy kult samochodu to nie jest jest już jakaś żywa skamielina ;) Jeszcze na obecnym etapie brzmieć to może dość dziwnie, ale nowe pokolenia nie koniecznie przeżywają tą samą fascynacje furami, jak to było jeszcze całkiem niedawno. Osobiście sam się na to nacinam, że samochód jest dla mnie jakąś formą statusu, ale i rozrywki, lubię go mieć bo to nie wyłącznie narzędzie pracy, ale jest mój i najlepiej jak wygląda super etc. Przy czym ja już jestem z tych skażonych mobilnością, zresztą póki alternatywą są drogie taxi lub miejski rower/hulajnoga to niezbyt mi się to by sprawdzało w życiu codziennym. W większych miastach samochód to jednak coraz bardziej ciężar ze względu na korki, problemy z parkowaniem, dodatkowe obowiązki związane z utrzymaniem auta tj. przeglądy, sezonowa wymiana opon, myjnia, serwisy i naprawy. Wbrew pozorom jest tego sporo, a i koszta nie bagatela w zależności jaki pakiet i zniżki na ubezpieczenie mamy, a jakby doliczyć takie rzeczy jak konieczność wykupu miejsc parkingowych, czy garaży to już koszta rosną lawinowo. Dodatkowo samochód przez większość życia stoi, a nie jeździ do czego zasadniczo jest w szczególności przeznaczony.

Rynek szuka jednak rozwiązań. Ostatnio natrafiłem na coś zwanego abonamentem samochodowym (nie próbowałem więc nie pytajcie) dla osób które celują w nowy samochód, które z reguły bardzo tracą na wartości w pierwszych 3 latach, a ktoś lubuje się w jeździe nówkami to wygląda całkiem atrakcyjnie, a dodatkowo odpada z głowy sprzedaż auta po wygaśnięciu umowy ;) Jako że sam często mieszkam w dużych miastach bardzo polubiłem transport publiczny, ale to wszystko do momentu gdy nie potrzebujemy dostać się gdzieś nagle lub w słabo skomunikowaną część miasta lub leje jak z cebra. Wtedy z reguły albo mamy własny transport albo płacimy słono za taxi. Coraz więcej firm próbuje przyciągnąć klientów na abonament, daje im to pulę minimalną, a status stałego klienta i związane z tym zniżki szansę, że ktuś będzie częściej i chętniej sięgał po ichnią korporacje, a nie pójdzie na chybił trafił. Sprawy oczywiście są bardziej skomplikowane kiedy ma się rodzinę i dzieciaki trzeba wozić co 5 minut każde w inną stronę, no ale przecież zaczynamy nową erę singli, więc to jak będzie się kształtował rynek użytkowników oraz jak będzie się transformował rynek samochodów, zależeć będzie również o transformacji społecznych.

Póki co entuzjaści używek kosztowo raczej wychodzą na plus w stosunku do tego co obecnie rynek jest w stanie kontrproponować. Pytanie czy dla entuzjastów nówek taka transformacja się nie zaczyna? Może się okazać, że zalety spalinowców mogą być przysłonięte przez rozwój rynku w zupełnie innym kierunku. Świat smartfonów chyba dostatecznie nam udowodnił jak pewne rzeczy w dzisiejszych czasach szybko mogą się rozwinąć jeśli tylko klient znajdzie dopasowaną do potrzeb propozycję.
Awatar użytkownika
jogi balboa
Posty: 2754
Rejestracja: 2007-01-18, 16:39

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: jogi balboa »

Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-25, 10:44 Jogi dla zużytej "do wymiany" to będzie nadal ponad 250 km przy 80%.
"zużytej "do wymiany"" - czyli gdy minie 7 lat gwarancji. Po 15 latach, ile to będzi procent i zasięgu? Z mojej dotyczczasowej eksploatacji baterii samochodowych (te w elektrykach są poprostu większe i nowocześniejsze) wynika że w pewnym momencie jest to z miejsca trup i żadne doładowywanie i pielęgnowanie nie pomoże (a z pewnością serwisuję mój akumulator sumienniej niż 99% kierowców). Raz udało mi się pociągnąć 10 lat na jednej baterii i po wymianie nia nową okazało się że należało ją już dawno wymienić. Mimo że auto niby ładnie paliło, to jeździło jak g...no.
Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-25, 10:44 praktycznie bez względu na styl jazdy. O ile nie będziesz usiłował wszystkich ograniczeń łamać.
Nie do końca rozumiem co masz na myśli pisząc "wszystkich ograniczeń łamać". Przejaz przez strefę terenu zabudowanego w Warszawie w promieniu 5km od centrum, w tempie takim jak wszyscy, oznacza łamanie wszystkich ograniczeń z wyjątkiem odcinków (niezręcznie powiedziane ;) ) gdy stoisz w korku. Ja zwykle aż tak wolno się nie poruszam ;)
Ty dla odmiany nie wmówisz mi że bateria obciążona pełną lub prawie pełną mocą silnika (cyklicznie ale jednak) będzie spadać w takim samym tempie jak w trybie ekonomicznym. Takie rzeczy są możliwe jedynie w broszurkach reklamowych.
PS. Elektryk jest cichy dopóki nie depniesz gazu ;)
Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-25, 10:44 Dwudziestoletnie sprawne auto jest bardziej trujące od sprawnego pięcioletniego. I nie przyjmuję bajek jak to stare auta mało palą. Mało palą jak się jeździ bardzo wolno i to w pewnych określonych wersjach silnikowych.
Porównuję to co eksploatowałem. Starymi trupami pomiędzy 96 a 2010 rokiem. Nie widzę tu żadnej sensownej ekologii, co najwyżej "ekologię". Wiem że nowoczesne jednostki z ostatniej pięcolatki będą w laboratoriach i stacjach diagnostycznych spalać mniejsze ilości paliwa i że są one czystsze - po to się buduje wtórne obiegi spalin, katalizatry, filtry, zmienne fazy i dziesiątki różnych sond. Rzecz w tym że "czystość" laboratoryjna różni się od "czystości" eksploatacyjnej a różnica całościowa nie jest taka jak by się wydawało. Gdy sobie kiedyś przeliczyłem te cyferki ze stacji diagnostycznej, to wyszły mi jakieś śmieszne wartości. Różnica była i owszem, gdy depnąłeś gaz + z pojemności silnika, ale nie na pomiarowych stałych obrotach.
Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-25, 10:44 I czy to oznacza, że nie są to auta bardziej problematyczne niż nowe? Jak napisałem czy to będzie już "cud techniki" z wtryskiem czy jeszcze na gaźniku to utrzymanie w sprawności wymaga częstej regulacji choćby. jak 20+ lat to i dodatki do paliwa plus specjalny olej. Ustawienia zapłonu. Coś o czym właściciele większości nowych, normalnych samochodów zazwyczaj już nawet nie pamiętają.
Jeździłem fiatem 126p i to moje ostatnie wspomnienie jeżeli chodzi o regulację gaźnika, czy też doroczny remont wszystkiego.
Problemem kolejnych aut byli bardziej poprzedni właściciele i stacje obsług - co wyleczyło mnie z korzystania z takowych w przypadkach gdy chodzi o coś bardziej "skomplikowanego" niż wymiana hamulców, sprężyny lub "żarówki". Po usunięciu efektów pracy różnych majstrów nie wymagały innej jak dotąd innej ingerencji niż czysto eksploatacyjna - ale to nie jest awaryjność.
Zajeździłem tylko jeden silnik, małolitrażowy.
W każdym razie, moje doświadczenie mówi mi że nowsze są bardziej problematyczne bo są bardziej skomplikowane i trudniejsze do ogarnięcia, a w naszych polskich warunkach niejednokrotnie przerastają kulturę techniczną, tak właścicieli jak i warsztatów - w tym autoryzowanych (choć te ostatnie mają raczej podejście - kup se pan nowego i nie zawracaj dupy. Tu się tylko wymienia hamulce i czasami olej). Są dobre, dopuki są stosunkwo nowe. Tak że, nadal nie wiem co masz do dużych pojemności.
Wojciech Łabuć pisze: 2021-10-25, 10:44 Kupił tanio, zarabia rozwożeniem jedzenia i chciał się pokazać. To się dowiedział dlaczego tanio kupił i dlaczego to czym przed chwilą się chwalił teraz było poza zasięgiem jego budżetu do naprawy. Bo miał 18 czy 19 calowe obręcze plus ustawialną twardość zawieszenia. I ten luksus ma swoją cenę. To poszpanował...
Gatunek kierowcy - kupie se gwintowany zawiac i dziewiętnastki, ale nie mam na klocki więc drę blachą o blachę. Też znam ;)
marek8
Posty: 1909
Rejestracja: 2011-07-01, 12:22

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: marek8 »

Póki co jest okołocovidowa okazja to się promuje cuś czego całkiem zaawansowane projekty pojawiły się na świecie już w latach 30- tych ;)
Ale dopiero teraz potencjalny nabywca może się "okazać gotowy" na przyjęcie narracji, do której nie przekonano by nikogo w latach wcześniejszych.
I to jest dobre, słuszne i sprawiedliwe ale wózki brzydkie aż strach i parametrami nikogo do siebie nie przekonają... Ale narracja, że wybór nie posiadania samochodu jest oznaką "wolności" czy w lokalnej naszej odmianie "suwerenności" może przemówić do milionów... :cisza:
AdrianM
Posty: 2352
Rejestracja: 2018-03-14, 18:34

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: AdrianM »

Bardziej bym obstawiał, że raczej moda zwyczajowo przyjdzie z juesej
Wojciech Łabuć
Posty: 550
Rejestracja: 2020-04-15, 12:17

Re: Elektromobilność - wytrych czy jedyna droga?

Post autor: Wojciech Łabuć »

"zużytej "do wymiany"" - czyli gdy minie 7 lat gwarancji. Po 15 latach, ile to będzi procent i zasięgu? Z mojej dotyczczasowej eksploatacji baterii samochodowych (te w elektrykach są poprostu większe i nowocześniejsze) wynika że w pewnym momencie jest to z miejsca trup i żadne doładowywanie i pielęgnowanie nie pomoże (a z pewnością serwisuję mój akumulator sumienniej niż 99% kierowców). Raz udało mi się pociągnąć 10 lat na jednej baterii i po wymianie nia nową okazało się że należało ją już dawno wymienić. Mimo że auto niby ładnie paliło, to jeździło jak g...no.
Gwarancja na baterię to różnie jest, czasem nawet do 10 lat. A jak padnie to trzeba będzie wymienić. I tu są różne scenariusze. Sporo wcześniej pisałem, że czasem baterii w samochodzie nie posiada się tylko ją "dzierżawi". Za całkiem niewielką kwotę. I wtedy kiedykolwiek jakikolwiek problem z baterią i wymienią. To jedno rozwiązanie. Inne to wymiana na nową/regenerowaną. Już teraz są firmy prywatne, które regenerują i naprawiają baterie. Oraz już teraz możesz kupić baterię lub jej elementy "ze szrotu" z rozbitego samochodu. To nie są koszty większe niż w wypadku wymiany rozrządu czy amortyzatora w niektórych samochodach :x



No i zawsze pozostaje wizyta u tego Pana:



Na serio warsztatów zajmujących się takimi naprawami będzie coraz więcej i będzie to coraz tańsze. Dokładnie tak jak regeneruje się przekładnie kierownicze, turbo, skrzynie biegów, itp.

Oczywiście bogaty/głupi może kupić Teslę i dać się doić przedstawicielom kultu eeeee ..... autoryzowanym przedstawicielom.
Nie do końca rozumiem co masz na myśli pisząc "wszystkich ograniczeń łamać". Przejaz przez strefę terenu zabudowanego w Warszawie w promieniu 5km od centrum, w tempie takim jak wszyscy, oznacza łamanie wszystkich ograniczeń z wyjątkiem odcinków (niezręcznie powiedziane ;) ) gdy stoisz w korku. Ja zwykle aż tak wolno się nie poruszam ;)
Ty dla odmiany nie wmówisz mi że bateria obciążona pełną lub prawie pełną mocą silnika (cyklicznie ale jednak) będzie spadać w takim samym tempie jak w trybie ekonomicznym. Takie rzeczy są możliwe jedynie w broszurkach reklamowych.
Widzisz i tu broszurki reklamowe nie będą kłamały. Bo takie warunki są idealnymi warunkami dla pracy samochodu elektrycznego. Tu zasięgi będą takie same jak nie większe jak te reklamowane. Prędkości w zakresie tych optymalnych, częste hamowanie. To co dla nas, właścicieli samochodów spalinowych, wydaje się oczywiste jest akurat na odwrót nawet przy hybrydzie. I na filmiku powyżej, z naprawą LEAFa, miałeś tego dowód. Taksówka operująca w mieście. W przeliczeniu na nasze ok. 200 tys. km i w dodatku w coś baterią przydzwonił. Operowana skrajnie nieefektywnie i w sposób skrajnie ograniczający żywotność baterii czyli częste ładowanie (nawet 4 razy dziennie) aby mieć pełny zasięg jeśli będzie potrzebny a nie dlatego, że musi. Bo nigdy nie wiesz, czy będziesz wiózł jednego klienta i potem przerwa czy będzie to klient za klientem i nie będzie czasu podładować przez dłuższy czas. Zaskoczony byłbyś gdybyś porozmawiał z takimi taksówkarzami i poznał ich opinię o samochodach elektrycznych. Czy choćby hybrydach.
Porównuję to co eksploatowałem. Starymi trupami pomiędzy 96 a 2010 rokiem. Nie widzę tu żadnej sensownej ekologii, co najwyżej "ekologię". Wiem że nowoczesne jednostki z ostatniej pięcolatki będą w laboratoriach i stacjach diagnostycznych spalać mniejsze ilości paliwa i że są one czystsze - po to się buduje wtórne obiegi spalin, katalizatry, filtry, zmienne fazy i dziesiątki różnych sond. Rzecz w tym że "czystość" laboratoryjna różni się od "czystości" eksploatacyjnej a różnica całościowa nie jest taka jak by się wydawało. Gdy sobie kiedyś przeliczyłem te cyferki ze stacji diagnostycznej, to wyszły mi jakieś śmieszne wartości. Różnica była i owszem, gdy depnąłeś gaz + z pojemności silnika, ale nie na pomiarowych stałych obrotach.
Po pierwsze samochód z 2010 r to już 11 letni weteran. To straszne jak sobie człowiek uświadomi upływ czasu :boje: Ale i tak 2010 to Euro 4 lub 5 dla benzynowych czy Euro 4 lub 5a dla diesli. I w porównaniu do 1996 roku masz olbrzymią różnicę bo auta z tego okresu to normy Euro 2 musiało spełniać. Emisja Co2 obniżona 2.2 raza. HC w 1996 roku nawet nie było określone ale w porównaniu do Euro 3 spadło o połowę i jeszcze doszła regulacja połączonej emisji NMHC. HC+NOx nie ma być emitowane zupełnie a w "dwójce" było jeszcze 0.5 czyli o połowę w stosunku do Euro 1 ;p Do tego dochodzą emisje innych rodzajów, których w Euro 2 nie było i których mogłeś emitować do woli.

"Czystość laboratoryjna" obecnie jest czystością mocno zbliżoną do rzeczywistej ponieważ ta tak "obsmarowywana" Unia postanowiła utrzeć nosa producentom podającym wzięte z utopijnego laboratorium wyniki i wymusiła przeprowadzanie prawdziwych drogowych i niezależnych od producentów testów. W dodatku w wariantach wyposażenia oferowanych klientowi. Co bardzo, ale to bardzo, nie spodobało się niektórym koncernom :cisza: :cisza: Więc teraz taki pojazd musi przejechać się po normalnych drogach, jest w pełni wyposażony, nie ma oklejania szpar pomiędzy elementami nadwozia i jeśli jest klima to się jej będzie używało, etc etc. Jogi jaki piękny kociokwik był i jak się koncerny/dealerzy przejechali na samochodach, które wykupywali i trzymali na placach. Jakie piękne okazje na zakup nowego auta były :D

Ale teraz muszę dodać coś jeszcze. W przypadku aut 11 letnich wiek zaczyna k... mocno pokazywać swój upływ. A niestety profil osób, które takie auta kupuje oznacza, że wymiana turbo czy inne podobne "remonty" są problematyczne. A niesprawne auto zawsze oznacza zwiększoną emisję. Im większe auto tym gorzej najczęściej bo droższe naprawy i więcej do naprawy jest. Ile osób zdaje sobie sprawę, że nawet pasy bezpieczeństwa czy poduszki powietrzne powinny być wymienione najczęściej nawet jeśli jeszcze są sprawne? I te 11latki potrafią mieć bardzo poważne przebiegi. W wypadku dieseli to rzadko będzie poniżej 300tys. km. Wyjątkami nie będą takie co to mają po 400-500 tys. Co z drugiej strony pokazuje, że nie tylko samochody z ubiegłego wieku "jeździły".
Jeździłem fiatem 126p i to moje ostatnie wspomnienie jeżeli chodzi o regulację gaźnika, czy też doroczny remont wszystkiego.
Problemem kolejnych aut byli bardziej poprzedni właściciele i stacje obsług - co wyleczyło mnie z korzystania z takowych w przypadkach gdy chodzi o coś bardziej "skomplikowanego" niż wymiana hamulców, sprężyny lub "żarówki". Po usunięciu efektów pracy różnych majstrów nie wymagały innej jak dotąd innej ingerencji niż czysto eksploatacyjna - ale to nie jest awaryjność.
Zajeździłem tylko jeden silnik, małolitrażowy.
W każdym razie, moje doświadczenie mówi mi że nowsze są bardziej problematyczne bo są bardziej skomplikowane i trudniejsze do ogarnięcia, a w naszych polskich warunkach niejednokrotnie przerastają kulturę techniczną, tak właścicieli jak i warsztatów - w tym autoryzowanych (choć te ostatnie mają raczej podejście - kup se pan nowego i nie zawracaj dupy. Tu się tylko wymienia hamulce i czasami olej). Są dobre, dopuki są stosunkwo nowe. Tak że, nadal nie wiem co masz do dużych pojemności.
Do dużych pojemności mam to, że duże pojemności nie wynikają z niczego. To są auta, które mają ciężko pracować czy to przez bycie usportowionym czy wykonywanie ciężkiej pracy jak holowanie, jazda w trudnym terenie, itp. W związku z tym ich stopień skomplikowania jest wyższy. I co gorsza mają więcej dodatkowego wyposażenia. Nawet tego z kategorii "luksus". To co bywało prostym układem gaźnikowym czy dość prostym, topornym i niezbyt upierdliwym układem wtryskowym staje się bardziej skomplikowane. Pojawiają się zmienne fazy rozrządu i to niekoniecznie tak niezawodne jak V-tec. Ale i w tym ostatnim wypadku sporo zależy jak ktoś wymieniał/sprawdzał olej.

Jak jeździłem Maluchem, a miałem oryginalną włoską 600 prawie tak starą jak ja, to silnik remontowany był co rok. Generalnie nasze demoludowe pojazdy były znacznie bardziej obsługowowymagające niż zachodnie samochody. Ale upływ czasu robi swoje. Postęp oraz wzrastające zużycie połączone ze zmianami w paliwach nie stawiają weteranów na uprzywilejowanej pozycji.

Odnośnie przerastania kultury technicznej to ma to miejsce od dawna. I nie chodzi tylko o główne podzespoły jak silniki, skrzynie biegów. Chodzi o naszprycowanie samochodu opcjami, z których potem ktoś nawet nie potrafi skorzystać. Jakim cudem osoby jeżdżące dość nowymi samochodami mogą płacić mandaty za rozmowy przez telefon jeśli do cholery nawet najmniejsze, najubożej wyposażone samochody mają od dość dawna zestawy głośnomówiące jako standard? Więc jak pan/pani w AUDI czy innym BMW trzyma telefon w łapie, a parowanie to dosłownie 5 sekund czynności zrozumiałych dla szympansa, zostaje zatrzymana przez policję to tatuaże zaczynają spływać. Ludzie nadal mają problemy z blokadą drzwi dla dzieci i potrafią przyjechać, bo "zamek się popsuł". Miałem przypadek, że w pewnym Peugeocie właściciele po kilku latach przypadkowo dowiedzieli się ode mnie, że da się bagażnik otworzyć wciskając wnętrze "0". Myśleli, że tylko ze środka da się to zrobić. I teraz jeszcze się wciska tym ludziom, że olej to się co 20-25 tys. km wymienia. A automatyczne skrzynie biegów mają być bezobsługowe. Albo robi się "łańcuszki rozrządu" i to w ilości nawet większej niż 2, do tego ten 3 wciska się pomiędzy silnik a skrzynię. Bo ma być trwalej i lepiej niż z paskiem rozrządu. Tylko potem tnie się na kosztach materiałowych a same łańcuszki, na serio, są łudząco podobne do łańcucha w rowerze. I rozciągają się w czasie jak właściciel podpisuje dokument kupna nowego samochodu u dilera... A jeszcze są "piękni i medialni influencerzy", którzy będą pierniczyć, że olej tak rzadko trzeba zmieniać bo choćby co się z zużytym olejem zrobi jeśli "za wcześnie" ludzie będą zmieniać. I Ci ludzie mają olbrzymią ilość subskrypcji! Ile osób wymieniało filtry kabinowe w swoich pojazdach? A ile narzeka na zaparowane szyby albo płacze, że naprawa silnika dmuchawy taka droga? ;p Ile osób posiadajacych auta ze skrzynaimi DCT płacze na awarie a jednocześnie na światłach czy innych korkach "podpełzało" co chwila? Ile osób sprawdza ciśnienie w kołach albo choćby robi to jak im się kontrolka zapala, bo samochód sam to sprawdza (często nawet bez czujników ciśnienia :D).

Do dużych pojemności mam tyle, że kupują te auta ludzie, których nie stać na jazdę takimi autami. I często powtarzają oni, jakie to niezawodne auto a jak ruszą to za samochodem nic nie widać. Bo im się niezawodność i kultura obsługi pomyliła z ignorancją oraz zupełnym brakiem tych 2 wspomnianych wcześniej cech ;p Oraz z wiarą, że tylko duże jest dobre. A jeszcze jak stare i duże to najlepsze. Stare, dużosilnikowe samochody mogą dawać olbrzymią ilość radości ale nie jest to bez ceny. Nie mam nic do samych samochodów tylko do "propagandy". Mam na tyle doświadczenie i to w tak sporym przekroju, że nie przyjmuję "propagandy" z żadnej strony. Nie jestem wyznawcą Tesli, która dla mnie jest po prostu przeraźliwie źle wykonanym samochodem. Nie łapię się na "pieśń przyszłości" czyli idealizm i wiara w niesamowitą przewagę aut elektrycznych dla każdego. Ale z drugiej strony nie łapię się na mity o samochodach spalinowych. Tak nowych jak i klasykach. Jak coś ma wady to ma wady. Jak ma zalety to je ma. Oceniam na podstawie określonego pojazdu a nie na podstawie stereotypu czy jakiejś "średniej nieokreślonej". Są auta dobre, średnie i takie co to ich trzeba unikać. To co nie będzie pasowało jednemu dla innego może być zaletą. I to dotyczy tak nowych jak i starcyh samochodów. Tak tych co to niby "kopcą" jak i tych co to za nie ma kopcić Turów ;p
ODPOWIEDZ